Bóg zmienia życie

0
327

Kiedy zaczynałem pisać swoją pierwszą książkę pt.: „Wysłuchaj mnie, proszę”, nie spodziewałem się, jak jej wydanie będzie daleko leżało od samego napisania. Ile przyjdzie mi przejść problemów, nim ukaże się ona jako pełnowartościowe dzieło wydane w wydawnictwie z prawdziwego zdarzenia. Gdybym to wszystko wiedział od początku, nie wiem, czy tak ochoczo podjąłbym ten trud.

Pierwszy problem – znalezienie dobrego tematu. Moim zdaniem to kluczowa kwestia, ponieważ znam wiele osób, które władają ciekawym piórem, jednak płodzą tematycznie słabe dzieła.

Kolejna kwestia – znalezienie czasu na pisanie. Gros autorów w Polsce, pisanie traktuje jako zajęcie dorywcze i ja ich rozumiem. Ciężko w Polsce jest utrzymać się z pisania. Ta kwestia jest poruszana w wielu artykułach, dlatego nie będę jej tutaj zgłębiał. Niemniej pisanie jest angażujące, a przynosi mierny zysk, dlatego trzeba znaleźć złoty środek, w tym wypadku pisanie w wolnym czasie (po pracy zawodowej), bywa jedynym rozwiązaniem.
Następnie znalezienie markowego wydawnictwa, dosyć często jest kwestią niemal cudu. Jeśli nie mamy tyle szczęścia, możemy trafić w „złe ręce” (tak było w moim przypadku). Wtedy jest bardzo prawdopodobne, że jesteśmy skończeni…

Czytałem wiele dobrych książek, które nie wypłynęły na szersze wody, wyłącznie dlatego, że ich autorzy nie znaleźli dobrego wydawnictwa. Dobre, czyli markowe lub majętne, dysponujące odpowiednimi środkami na inwestycje związane z promocją dzieła, tym samym autora. Poznałem też odwrotne sytuacje, kiedy dzieła o wątpliwej jakości zyskiwały zainteresowanie czytelników, ponieważ stało za nimi prężne wydawnictwo, które „ciekawie opakowało” produkt.

Oczywiście nie poruszam tutaj wszystkich aspektów, z którymi początkującym literatom przychodzi się zmierzać, jednak zapewniam, że jest ich o wiele więcej.  Przechodząc do meritum. Od dziecka czułem „zew pisania”, jednak dopiero w 2011 roku zainspirowany twórczością Sergiusza Piaseckiego, postanowiłem napisać swoją książkę. Historia oparta na faktach, jedna z wielu, które przeżyłem, jednak tą uznałem za godną opisania. Prace nad książką pochłonęły cztery lata.

Po wielu, czasami bardzo trudnych perypetiach, łącznie z nawiedzeniem mieszkania przez ducha i z tym, że wylądowałem na ulicy jako bezdomny, kiedy wyjechałem do Anglii, by zarobić na jej wydanie – wreszcie podpisałem umowę z wydawnictwem Poligraf.
Po czasie okazało się to strzałem w kolano. Nie wiedziałem, że wydanie książki w self publishingu jest źle postrzegane na rynku czytelniczym. Okazało się również, że wydawnictwo Poligraf jest wydawnictwem bardzo słabym i źle notowanym na rynku wydawniczym.

Czytelnicy nawet nie zaglądali do środka, widząc, w jakim wydawnictwie książka została wydana. Nie pomagała argumentacja, że osoby, które przeczytały powieść, pochlebnie się o niej wypowiadały. Nie miało to żadnego znaczenia. Pozycja „Wysłuchaj mnie, proszę”, a wraz z nią i ja, byliśmy skazani na niebyt w świecie literackim. Zrozumiałem, że w tej sytuacji może pomóc mi tylko Pan Bóg. Zacząłem intensywniej się modlić w intencji uzdrowienia zaistniałej sytuacji. W najmniej spodziewanym momencie, kiedy myślałem, że wszystko skończone, umowa z Poligrafem została zerwana, sprawy przybrały zaskakujący obrót.

Skontaktowało się ze mną wydawnictwo „Bernardinum”, które jest znacznie wyżej notowane od Poligrafu. Zgodziło się na rewydanie książki! Niedługo potem do gry wkroczył Pan Marek Łagodziński, prezes Fundacji Sławek, który nie wiadomo skąd, znalazł się na mojej drodze.

Zaprosił mnie jako byłego więźnia na prestiżowe spotkanie ze służbą więzienną, które odbyło się w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, kolejne drugie spotkanie, które również zorganizowała jego Fundacja, które odbyło się w Galerii Jabłkowskich. Tam miałem okazję po raz pierwszy na szerszym forum zaprezentować swoją książkę i tak zaczął się jej pochód ku zdobyciu statusu bestsellera, którego miano osiągnęła niedawno. Tak też rozpoczęła się moja przyjaźń z Markiem Łagodzińskim i współpraca Fundacji Sławek z Bractwem Więziennym Samarytania, w którego szeregach jako wolontariusz działam.

Niedawno na rynku ukazała się moja kolejna książka pt. „Picie w zachwycie”, która dzięki Bogu otrzymała pozytywne recenzje. A w przygotowaniu są dwie następne.
Doświadczony wszystkimi tymi zdarzeniami, wiem jak cenna jest pomoc drugiego człowieka. Tak właśnie, jak uczynił to Marek w czasie, kiedy tego bardzo potrzebowałem. Nie chodziło mi o to, by ktokolwiek reklamował moją książkę. Nie. Zależało mi na dotarciu do czytelników po to, by oni obiektywnie zadecydowali, czy pisanie może być moją drogą życiową. Zależało mi na ocenie, a nie promocji w ciemno niepewnego produktu.
Paweł Cwynar

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here