Bóg znalazł mnie na ulicy…

0
1354

Przedstawiamy poruszającą historię życia człowieka, który znalazł się na życiowym zakręcie. Gdy wydawało się, że nie ma już dla niego szans na lepsze jutro, zawołanie do Boga o pomoc, przyniosło mu ratunek. Zapraszamy na wywiad z Henrykiem Krzoskiem, autorem książki pt: ,,Bóg znalazł mnie na ulicy i co z tego wynikło”.

Historia Pana życia jest bardzo poruszająca. Jak wyglądało Pana dzieciństwo?
Moje dzieciństwo nie było czasem radosnym. Tata był alkoholikiem, mama ciężko pracowała. Mam dwie siostry i mama pracowała jako listonoszka, a latem dorabiała, sadząc na działce ziemniaki, zaś zimą brała wszelkie prace dorywcze. Dzieciństwo zatem przeżyłem w samotności. Do tego byłem wstydliwym dzieckiem. Z powodu pijaństwa taty, uciekałem od kolegów. Po prostu było mi wstyd za tatę i chciałem się przed kolegami schować. To oczywiście miało wpływ na moją psychikę. Z tego powodu odwiedzałem lekarzy, brałem lekarstwa, zaś w szkole nie potrafiłem się uczyć. W piątej klasie szkoły podstawowej (którą zresztą powtarzałem trzy lata), usłyszałem z ust nauczyciela, że nic ze mnie nie będzie. To był mój ostatni dzień w szkole. Po tym wydarzeniu nie wróciłem już do szkoły. Tak mnie zabolały te słowa. Co było potem? Potem poszedłem do więzienia. Jako młodociany przestępca. Tam też ukończyłem szkołę podstawową.

Już w młodym wieku zetknął się Pan ze światem przestępczym. W jaki sposób odbierał Pan to środowisko?
Nie mając akceptacji w domu, czując się w nim zresztą odrzuconym, szukałem akceptacji u kolegów. To były lata 60-te. Tworzyliśmy wówczas grupy młodociane, w których chciałem zaistnieć i pokazać, jaki to jestem mocny i twardy. Jednak taką drogą najprościej było wejść na drogę przestępstwa, na którą zresztą wszedłem. Miałem wówczas 15-16 lat, a jako 18-latek siedziałem już w więzieniu.

Dlaczego za wszelką cenę chciał Pan zaimponować kolegom?
Szukałem jakiejś przynależności, dowartościowania, ciągle uważałem, że do niczego się nie nadaję. Dodatkowo byłem wątły, koledzy lepiej ode mnie wyglądali fizycznie, chciałem się dopasować, przynależeć do nich, szukałem akceptacji, chciałem im zaimponować, po prostu zaistnieć.

Próba zaimponowania kolegom skończyła się zatrzymaniem przez milicję. Czy otrzymał Pan wsparcie od kolegów w tej sytuacji?
Raczej nie, byłem po tamtej stronie muru. Nie otrzymałem wsparcia, a nawet straciłem to, co miałem do tej pory. Koledzy mówili, że Heniek głupi, bo dał się złapać.

Czy pobyt w więzieniu spowodował u Pana chęć zmiany życia?
Siedem lat pobytu w więzieniu było przedzielone pewną przerwą, podczas której byłem na wolności. W więzieniu skończyłem szkołę podstawową, potem wyszedłem na wolność. Niestety, po niezbyt długim czasie ponownie trafiłem do więzienia, tym razem na pięć lat. Do tego było to ciężkie więzienie. Tam zdecydowałem kim będę, a ponieważ byłem zbuntowanym człowiekiem, to zostałem grypsującym więźniem. Z drugiej strony chciałem się zmienić, tylko nikomu o tym nie mówiłem, aby nikt nie pomyślał, że jestem słaby. Tymczasem chciałem być innym człowiekiem, chciałem zakochać się, mieć rodzinę. Takie wówczas miałem marzenia. Wtedy też podjąłem decyzję, że jak będę miał dzieci, to nie będę dla nich taki, jaki był dla mnie mój ojciec.

Jak wyglądało Pana życie po wyjściu z więzienia?
Chciałem zrealizować swoje marzenia, o których tam nie mogłem mówić, czyli to, o czym wspominałem – po prostu zakochać się i założyć rodzinę. Na początku to mi się nawet udało. Poznałem kobietę, zakochaliśmy się w sobie, wzięliśmy ślub. I wszystko było dobrze do czasu narodzin pierwszego syna. Potem przyszedł na świat drugi syn. Wtedy zaczęła się moja rodzinna tragedia.

Czy był Pan przygotowany na dojrzałe życie i bycie odpowiedzialnym ojcem i mężem?
Gdy na świat przyszedł nasz pierwszy syn, zaczęło docierać do mnie to, że nie wiem, jak być ojcem i mężem. Był to koniec lat 70-tych i początek 80-tych. W Polsce panowała wówczas bieda, jedzenie było na kartki, a ja miałem obowiązek zaopiekowania się rodziną, lecz nie potrafiłem. Dodatkowo nie miałem wzorca ze strony taty, który pił. W domu rodzinnym nie otrzymałem tego wzorca, ponieważ tata miał swój problem, nie nauczył mnie zatem ojcostwa. A takie życie to żaden wzorzec. Nienawiść, bunt – tego natomiast nauczyłem się w więzieniu.

Nieradzenie sobie z odpowiedzialnością za najbliższych spowodowało, że zaczął Pan chętniej wybierać towarzystwo kolegów zamiast rodziny. Co sprawiło, że postanowił Pan jednak to zmienić?
Starałem się, jak mogłem, pracowałem, ale obowiązki mnie przerastały. Chciałem dla mojej rodziny szczęścia, kochałem ją. Po moich powrotach z pracy, żona miała swoje oczekiwania, na przykład, że koksem do palenia się zajmę, czy pieluchami. Ja tego nie potrafiłem. Dlatego po pracy przesiadywałem z kolegami w parku i tam wypijałem dwa piwa czy wino. Potem wracałem do domu. Nie trudno się domyślić, że dochodziło do kłótni. Muszę przyznać, iż wiedziałem, że robię źle, ale stawałem się uzależniony od alkoholu i co gorsza, czułem to. Któregoś razu, gdy wracałem podpity do domu, zaczepiła mnie matka mojego najlepszego kolegi i powiedziała, że jestem wykapany ojciec. Ja tego nie chciałem. Dlatego pomyślałem, że jak wyjedziemy do Niemiec, to wszystko się zmieni. Ojciec mojej żony był Niemcem z Hamburga i wydawało mi się, że moje życie zmieni się dzięki przebywaniu w innej rzeczywistości. Było to możliwe dzięki łączeniu rodzin.

Krótko po Pana przyjeździe do Niemiec rozstaliście się z żoną. Jak Pan to przeżył?
Była to tragedia dla mnie. W Polsce zostawiłem biedę, kolegów, z którymi piłem, ale niestety zabrałem do Niemiec potrzebę picia. Byłem już wówczas uzależniony, ale nie przyznawałem się do tego przed samym sobą. Piłem coraz częściej i w końcu żona powiedziała mi, że musi mnie opuścić, bo nie będzie mieszkać z alkoholikiem. Żona przybyła do Niemiec siedem miesięcy przede mną. Kiedy ja dojechałem do niej, to w ogóle nie było możliwości pójścia na terapię. Zresztą nawet nie wiedzieliśmy o tym.

Po rozstaniu z żoną zaczął Pan schodzić, jak to sam określa, w dół.
Po rozstaniu z żoną postanowiłem jeszcze zawalczyć o rodzinę. Próbowałem. Wynająłem pokoik, myślałem, że w samotności będę walczył i nie będę pił, a może żona, widząc to, zmieni zdanie. Już wtedy byłem jednak tak uzależniony od alkoholu, że zacząłem jeszcze więcej pić. Piłem każdego dnia, poznałem nowych kolegów, z którymi piłem. Chciałem uzyskać ich akceptację, więc posiadane pieniądze przeznaczałem na alkohol, kupując im go. Tymczasem coraz bardziej wchodziłem w uzależnienie, rujnując swoje życie. Nadszedł taki moment, że widząc, co się dzieje, przyznałem się sam przed sobą, że jestem uzależniony. Myślałem wtedy, że sobie nie poradzę. Jak tylko miałem pieniądze (otrzymywałem wówczas zasiłek), to wszystko traciłem na alkohol, niewiele pieniędzy szło na potrzeby własne. Najważniejsi byli koledzy i alkohol.

Zaczęło Panu brakować pieniędzy na opłacenie mieszkania. Czy otrzymał Pan od kogoś wsparcie w tej sytuacji?
Wyglądało to tak, że na początku, kiedy miałem jeszcze pieniądze, to opłacałem mieszkanie. Ale kiedy tych pieniędzy zaczęło mi brakować, to nie tylko potrzebowałem coraz więcej alkoholu, ale starałem się go kupować kolegom, pokazując im, że żyję na wysokim poziomie. Wszystko to odbywało się kosztem płacenia za mieszkanie. Efekt tego był taki, że zostałem z niego wyrzucony, a wsparcia ze strony kolegów żadnego nie otrzymałem. Na początku przenocowałem u jednego czy drugiego kolegi, ale gdy zobaczyli, że nie mam już pieniędzy, zostałem na ulicy bez pieniędzy i mieszkania. I tak rozpocząłem swoje życie jako bezdomny.

Jak wyglądało wtedy Pana życie?
Jak nie miałem pieniędzy, a potrzebowałem pić, to zacząłem kraść alkohol w sklepach. Byłem wtedy uzależniony do tego stopnia, że nie ważne było dla mnie to, czy mnie złapią, czy nie. Ważne było tylko to, żebym się napił. Spałem tam, gdzie piłem. Była to ławka, park, teren budowy czy piwnice. Muszę przyznać, że to mnie przerażało, ale nie potrafiłem sobie ze sobą poradzić. Do tego byłem brudny, śmierdzący i zarobaczony.

Czy w czasie pozostawania przez Pana bezdomnym, spotkał Pan ludzi, którzy chcieli Panu pomóc?
Tak, spotkałem takich ludzi, obcych. Będąc na ulicy, kilka razy trafiałem na pogotowie czy do szpitala, gdzie lekarze starali się mi pomóc. Gdy miałem kontakt z policją, jak łapała mnie na przykład podczas kradzieży, to też chciała mi pomóc. Ale najwięcej pomocy otrzymałem w stołówkach dla bezdomnych. To tam mogłem się wykąpać, dostać maszynkę do golenia, zjeść coś, czy otrzymać czyste ubranie. Jednakże pomoc ta miała swój kres. Stołówka była czynna do godziny 18.00, a po tej godzinie musiałem iść na ulicę. Dodatkowo, cały czas byłem uzależniony od alkoholu. Pamiętam, jak kiedyś cztery dni przeleżałem w szpitalu pod kroplówką. Czwartego dnia, jak tylko lekarze doprowadzili mnie do całkiem dobrego stanu, to uciekłem ze szpitala z kroplówką, czując potrzebę picia.

Z bezsilności na swój los pojawiły się myśli samobójcze. Czy próbował Pan popełnić samobójstwo?
Tak, widziałem, w jakim jestem stanie, że już stoczyłem się na samo dno. Uważałem, że nie ma już dla mnie ratunku i że niżej zejść nie mogę i zohydzić się sobie. Niżej już była tylko śmierć, zatem przyjąłem, że samobójstwo będzie rozwiązaniem wszystkich moich problemów. Dlatego postanowiłem odebrać sobie życie. Miałem trzy nieudane próby samobójcze. Myśli samobójcze miałem od momentu, kiedy moja żona rozstała się ze mną. Co prawda próby te nie doszły do skutku, ale myśli, żeby ze sobą skończyć, prześladowały mnie. W zasadzie, gdy tylko trzeźwiałem, to myślałem o samobójstwie.

Co spowodowało, że nie odebrał sobie Pan życia? Czy ktoś Panu pomógł?
W tym ostatecznym momencie, kiedy wiedziałem, że są to ostatnie chwile mojego życia i że zaraz ze sobą skończę, udałem się na ostatni posiłek do stołówki dla bezdomnych. Poszedłem tam, mając za paskiem linę do powieszenia. Wszystko miałem w głowie przygotowane. Wtedy, w tej stołówce, byłem w takim stanie, że kobieta z obsługi, kiedy mnie tylko zobaczyła, kazała mi usiąść i powiedziała, że przyniesie mi na stołówkę zupę. Wtedy na ścianie zobaczyłem plakat w języku polskim z napisem: ,,Albowiem Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy kto w Niego wierzy, nie zginął, a miał życie wieczne” (J 3, 16). Wtedy byłem pijany, zresztą piłem tak wówczas codziennie przez dwa lata. W Boga nie wierzyłem, ale kiedy to przeczytałem, uderzyły mnie te słowa. Przecież całe życie szukałem miłości i akceptacji. Jakoś zacząłem logicznie myśleć, że skoro Bóg jest i miłuje świat, a ja jestem jeszcze na tym świecie, zaś po wyjściu ze stołówki mam zginąć, to czy ten Bóg mnie kocha? Czy On istnieje? Ja nie wierzyłem wcześniej w Jezusa. Gdy pierwszy raz zacząłem myśleć o Bogu, kobieta z obsługi przyniosła mi talerz zupy i powiedziała: ,,Heniek, tylko Bóg może Ci pomóc”. Pojawiła się dla mnie nadzieja. Wówczas zacząłem mówić do Boga, że jeżeli On jest, to niech uwolni mnie od alkoholu.

Postanowił Pan poprosić Boga o pomoc. Co się wówczas stało?
Tego samego dnia, kiedy miałem skończyć ze sobą, nie uczyniłem tego. Co prawda, w dalszym ciągu upijałem się, ale od kobiety ze stołówki dostałem Nowy Testament w języku polskim. Będąc w dalszym ciągu pijany, siadałem na ławce i czytałem go. To z niego wyczytałem słowa Jezusa: ,,Proście, a otrzymacie”. I to spowodowało, że zacząłem prosić Boga, żeby mnie uwolnił od alkoholu. Później na ulicy ktoś mi wręczył ulotkę na temat spotkania ewangelizacyjno-modlitewnego, na które poszedłem. Udałem się na nie, mając nadal linę za paskiem, bowiem nie zrezygnowałem jeszcze z samobójstwa. Odkładałem to na następny dzień. Na spotkaniu zacząłem ze łzami w oczach prosić Boga, żeby mi pomógł, jeśli istnieje. Jeżeli nie istniałby, to zostałaby mi już tylko lina. Zacząłem tam głośno płakać, do tego stopnia, że ktoś to zobaczył. Powiedziałem wówczas, że jestem alkoholikiem, śpię w śmietniku i przyszedłem się modlić, aby Jezus mnie uwolnił. Ci ludzie powiedzieli, że będą się ze mną modlić i zapewniali, że Jezus da mi nowe życie.

W jaki sposób zaczął Pan wychodzić z nałogu?
Po tej modlitwie od razu poszedłem spać do mojego śmietnika. Na drugi dzień, czułem się jakoś dziwnie, jakoś inaczej. Idąc ulicą, natrafiłem na kolegów, z którymi piłem. Mieli butelkę wina. Wołali mnie, żebym z nimi wypił, ale ja pierwszy raz poczułem, że nie chce mi się pić, że nie mam ochoty i nie czuję potrzeby, tak jak wczoraj czułem. Zrezygnowałem z zaproszenia, poszedłem do parku i zacząłem się zastanawiać nad tym, co się ze mną dzieje. Okazało się, że nie miałem lęków, jak alkohol puszczał, mogłem się napić, ale nie czułem takiej potrzeby. Co się ze mną stało? To pytanie cały czas sobie zadawałem. Siedząc w parku na ławce, wyciągnąłem tytoń i zacząłem skręcać mojego papierosa, a muszę przyznać, że paliłem bardzo dużo papierosów. Wówczas zobaczyłem, że ręce mi się nie trzęsą. Mnie, alkoholikowi, który pił dzień po dniu przez dwa lata. Wtedy powiedziałem: „Panie Boże, jeżeli Ty sprawiłeś, że nie chce mi się pić, jeżeli to od Ciebie, to proszę, daj mi znak i spraw, żebym więcej nie palił”. Tam wypaliłem ostatniego papierosa. Od tamtego czasu minęło już ponad 30 lat, nigdy nie wróciłem do alkoholu i nikotyny.

Jak się Pan czuł, gdy Bóg tak nagle zainterweniował w Pana życiu, zabierając uzależnienia?
Wtedy rozpoczęło się pasmo Bożej opieki nade mną. Choć już nie piłem, nie paliłem, ale nadal mieszkałem w śmietniku. Po kilku dniach już byłem przekonany, że to, co się ze mną stało, to było działanie Boga. Wtedy z większą odwagą poprosiłem Pana Boga, żeby dał mi godziwe warunku bytu, wyciągnął ze śmietnika. Chodziło mi o nocleg, żebym miał gdzie nocować. Kilka dni później proboszcz niemieckiej parafii zaproponował mi, żebym zamieszkał u niego w domu parafialnym na plebanii. Już zatem nie piłem, nie paliłem i miałem gdzie mieszkać. Nadal jednak pozostał jeden, istotny problem. Nie miałem pieniędzy…

Czy w tej kwestii również Bóg Panu pomógł?
Oczywiście, że tak. Mieszkając u proboszcza, znowu zacząłem prosić Boga, żeby pomógł mi znaleźć pracę, abym mógł sam na siebie zarabiać. Kilka dni później znalazłem pracę w sklepie z alkoholem. Poprzez pracę w tym sklepie Bóg pokazał mi, że jestem całkowicie wolny od alkoholu. Po pierwsze pracowałem w sklepie z alkoholem, z którym miałem problem i od którego byłem uzależniony, a po drugie to właśnie w tym sklepie dokonywałem niegdyś kradzieży.

Kim jest dla Pana Bóg?
Widząc tak wielkie działanie Boga w moim życiu, Bóg stał się dla mnie najbardziej realną Osobą, którą spotkałem na świecie. Bóg jest moim Ojcem, do tego bardzo troskliwym. Bóg odpowiada na moje modlitwy. Już na spotkaniu modlitewnym złożyłem Bogu obietnicę, że jeżeli On istnieje i uwolni mnie od mojego dawnego życia, to chcę przez resztę życia Mu służyć i oddać się Jemu całkowicie. I tej obietnicy dotrzymuję do dzisiaj.

Skąd pomysł na wydanie książki?
Widząc taką troskę Pana Boga nade mną, czułem niesamowitą wdzięczność za to, co On uczynił w moim życiu. Chciałem wszystkim ludziom mówić, jak wspaniały i dobry jest Bóg, jak kocha każdego człowieka i chce przemienić jego życie. O tym chciałem mówić wszystkim napotkanym osobom. Robiłem to przez wiele lat w Niemczech, aż pewnego dnia otrzymałem wewnętrzne przeświadczenie, że moją historię muszę opisać w książce. W ten sposób po wielu latach z Panem Bogiem, dzięki Jego opiece, napisałem książkę. Zawiera ona dziewięć rozdziałów, ale tak właściwie ma dwie części. Pierwsza część opowiada o tym, jak wyglądało moje życie bez Boga oraz do czego mnie to doprowadziło. Opisuję, że stanąłem na pograniczu życia i śmierci. Druga część opisuje moją relację z Bogiem, a głównie Jego opiekę i miłość. Ta część zaczyna się od spotkania modlitewnego i opisuje to, co Bóg zaczął czynić w moim życiu, jak je uczynił owocnym i radosnym. Myślę, że udało mi się to opisać, bo cały czas otrzymuję telefony czy maile od ludzi, którzy dziękują mi za świadectwo w książce. Ona jest takim przesłaniem dla nich i też im pomaga.

Co chciałby Pan przekazać osobom tkwiącym w jakimkolwiek nałogu, w bardzo trudnej sytuacji życiowej, które nie widzą już dla siebie ratunku, a może myślą nawet o samobójstwie?
Przede wszystkim chciałbym powiedzieć, że każdy z nich jest kochany przez Boga. Można doświadczyć tej miłości tylko wtedy, gdy swoją własną wolą człowiek się na to zdecyduje. Jezus Chrystus, Syn Boży, tak jak Sam powiedział, jest w stanie i chce dać wolność każdemu człowiekowi. I to rzeczywistą wolność, bo Jezus powiedział: ,,Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni” (J 8, 36). Jestem tego świadkiem. Mam teraz przyjaciół, którzy zostali podobnie jak ja, raptownie uwolnieni od nałogów. Wiem, że całkowita wolność od nałogu, trudnej sytuacji życiowej, wszelakiego kryzysu jest możliwa tylko w Jezusie Chrystusie. On żyje i On chce nawiązać z Tobą relację przyjaźni (jeżeli jeszcze takiej nie masz). On jest rozwiązaniem wszystkich Twoich problemów. On czeka na Twoją decyzję, abyś Go zaprosił do swojego życia. Kiedy to już się stanie, On zmieni Twoje życie. Jak może się to dokonać? Przez modlitwę.
Dziękujemy za rozmowę.
RED

„Panie Jezu. Potrzebuję Ciebie. Wierzę, że jesteś Synem Bożym. Umarłeś na krzyżu za moje grzechy. Proszę Cię teraz, abyś wybaczył mi wszystkie moje winy. Przyjmuję Ciebie jako mojego Zbawiciela i Pana. Proszę o Twoje kierownictwo w moim życiu. Uczyń mnie takim, jakiego mnie pragniesz”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here