Byłem po drugiej stronie

28

Niektórzy z nas zastanawiają się zapewne nad tym, jak jest po drugiej stronie. Przekonał się i opowiedział nam o tym Andrzej Duffek, bohater film Siła Modlitwy (zwiastun do filmu: https://www.youtube.com/watch?v=jQp6E2jhTNk) i współautor książki Po drugiej stronie życia, opowiadającej o jego przeżyciach.

Andrzeju, jak wyglądało Twoje dzieciństwo i czas dorastania?
Pochodzę z rodziny opozycyjnej wychowanej w wierze katolickiej. Mój dziadek to ochotnik wojny polsko-bolszewickiej. Z całej czwórki rodzeństwa byłem najspokojniejszym i najmłodszym dzieckiem. Byłem ministrantem. Różnica między mną a najstarszą siostrą wynosi 8 lat. Okoliczności, w których przyszło nam żyć nie były za spokojne. To były czasy socjalizmu. Chodziłem z ojcem pod stocznię. Siostra angażowała się w działalność podziemną. Później w to wszedł brat, kolejna siostra i gdzieś ja. Ta solidarnościowa atmosfera zawsze była widoczna w domu. Byłem świadkiem rewizji, ojciec został skazany z dekretu o stanie wojennym. Moja świadomość szybko rosła. Jeśli żyjesz w rodzinie, która jest na marginesie socjalistycznego społeczeństwa z przyczyn politycznych, to prędko dojrzewasz. Tak naprawdę zabierają ci dzieciństwo, bo zajmujesz się rzeczami, którymi nie powinieneś.

Twojego ojca osadzają w szpitalu.
Osoby skazane z dekretu o stanie wojennym, a mające zły stan zdrowia nie mogły być osadzone w więzieniu. Ze względów politycznych stworzono specjalne oddziały w zakładach psychiatrycznych. Któregoś razu pojechaliśmy do Starogardu odwiedzić ojca. To był szok, na niższych piętrach byli ludzi chorzy psychicznie, a na ostatnim zdrowi, polityczni. Zamknięci tam pozostawali jednocześnie pod stałym nadzorem lekarza. Jak tatę zamknęli to po roku przejedliśmy wszystkie jego oszczędności. Mama zatrudniła się po roku w szkole tylko po to, aby przynosić nam ze szkoły obiady i mieć jakieś pieniądze.

Słyszałem, że Twoi rodzice otrzymali propozycje nie do odrzucenia.
Przyszli smutni panowie z paszportami, z wizami do USA w jedną stronę i powiedzieli, że mamy wyjechać z kraju. W ten sposób pozbyli się z kraju ponad 300 tys ludzi. Jednak po naradzie rodzinnej stwierdziliśmy, że nigdzie nie wyjeżdżamy. Na tą wizę wyjechała inna rodzina.

Tymczasem u Ciebie działalność opozycyjna kwitła.
Ojciec był delegatem na I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ Solidarność w Hali Olivii. U nas w domu był kolportaż i skrzynka kontaktowa. W związku z tym, że ojciec był prawnikiem to skrzynka kontaktowa szła przeze mnie, ponieważ byłem wtedy dzieckiem a przepisy były takie, że do 15 roku życia nie można było mnie ukarać nawet kolegium.

Byłeś współorganizatorem strajków w Stoczni Gdańskiej i Stoczni Remontowej i jednym z kilkunastu działaczy gdańskiej Federacji Młodzieży Walczącej, który wziął bezpośredni udział w strajku. Z Twojej inicjatywy w maju 1988 r. na stadionie Lechii w Gdańsku doszło do gigantycznej demonstracji poparcia kibiców dla strajkującej stoczni połączonej z wielogodzinnymi walkami z ZOMO na ulicach Gdańska. Nie mogło być tak, żeby Twoja działalność opozycyjna nie miała wpływu na Twoje życie…
Szedłem do IV liceum. Chodziła tam siostra. Dostała wilczy bilet i została wyrzucona ze szkoły za cała działalność. Ja tam złożyłem papiery, tam też poszła opinia od SB na mój temat. Również otrzymałem wilczy bilet. Ale ze względu na siostrę i tak by mnie nie wybrali. W końcu wybrałem inną szkołę.

Lata mijają, dość szybko żenisz się.
Zarzuciłem studia prawnicze i szybko przebranżowiłem się na budowlańca. Małżonka studiowała socjologię. Umówiliśmy się, że jak będzie kończyła studia to będę zajmował się dzieckiem. Pracowałem w sklepie nocnym a w weekendy chodziłem do technikum budowlanego, żeby zdobyć zawód i zacząć działać a tym kierunku. Tak wyglądały 2 lata.

Masz przy okazji swoją pasję. Interesujesz się piłką nożną i jesteś kibicem Lechii Gdańsk. Skąd ta Twoja pasja?
Gdy jesteś małym chłopcem, masz starszego brata śp. Tadzia, który był zagorzałym kibicem, spotykasz jego kolegów, obcujesz z nimi, chłoniesz tę atmosferę, dorastasz w niej, to musisz być kibicem. Zwłaszcza, że Lechia była spójna z tym wszystkim, co mieliśmy wpojone w domu. Była i jest kojarzona z polskością, walką, ze sprzeciwem wobec starego systemu.

Kibicowałeś Lechii, miałeś rodzinę, żonę, dziecko. Wszystko układało się, jak najlepiej aż do pewnego styczniowego dnia 2003 roku. Co się wtedy wydarzyło?
Żona przygotowywała obiad, gdy przyszedłem do domu. Na przywitanie przybiegł do mnie mój wówczas 7-letni syn, który chciał iść na sanki. Mając 40 minut do obiadu poszedłem z nim. W trakcie zjazdu uderzyłem żebrami bokiem w drzewo. Syn się zapytał: ,,Tato co się stało?” Odpowiedziałem: ,,Wszystko jest ok. Zaraz wstanę”. Na początku myślałem, że mam połamane żebra. Nie byłem w stanie się podnieść. Jak to robiłem, miałem mroczki przed oczami. Padłem na kolana. Nie miałem ciśnienia krwi, żeby stanąć w pionie. Okazało się, że żadne żebra nie były połamane. Uderzenie spowodowało wielofragmentowe pęknięcie wątroby z głębokim wylewem. Trafiłem na intensywną terapię. Transportowano mnie biegiem przez hol szpitala na salę operacyjną, przygotowując do operacji, czyli de facto rozbierając. Była próba zszycia i pobudzenia tej wątroby. Leżałem otwarty na serwetach.

Masz także wspomnienie, jak wieźli Cię do szpitala na oddział.
Kobieta biegła obok mnie, była nią chyba pani doktor, wcisnęła mi żółty druk mówiąc: ,,Proszę to podpisać”. Miałem przeświadczenie, że to zgoda na operację. Długopis wypadł mi z ręki i nie dokończyłem nawet napisać nazwiska. Zwróciłem się wówczas z modlitwą do Pana Boga.

Co Ciebie do tego skłoniło?
Jak bylem małym dzieckiem, to usłyszałem od księdza kanonika: ,,Słuchaj Andrzejku, jak kiedyś znajdziesz się w sytuacji, w której po ludzku nic nie będziesz mógł zrobić, zdaj się na Pana Boga”. Po czym dodaj: ,,Niech się nie moja wola ale Twoja wola stanie”.Tą scenę przypomniałem sobie po prawie dwudziestu latach. Kompletnie nie wiedziałem, jaka jest waga tych słów. Nie miałem o tym zielonego pojęcia. To był najważniejsza sytuacja w moim życiu. Ponieważ był to ostatni moment, w którym mój akt woli miał znaczenie. Tutaj na ziemi rodził bardzo wymierne i konkretne skutki. Nie wiedziałem, że w tym jednym zdaniu poprosiłem Boga o Miłosierdzie. Po kilku latach pamiętam, jak czytałem Dzienniczek św. Siostry Faustyny, w którym napisała, że jeden dobrowolny akt zjednoczenia swojej woli z Wolą Bożą wynosi duszę na szczyt świętości. Po ludzku przecież nie było już szans. Przecież ksiądz nie zdążył z sakramentami, nie było ostatniej Spowiedzi Świętej i tak naprawdę moglibyśmy powiedzieć, że człowiek przepadł na wieki.

Masz tą łaskę, że wypowiadasz te słowa w myślach i sercu.
To jest ostatni i bardzo ważny moment, kiedy można uciec się do Bożego Miłosierdzia. Zwracasz się do Czystej Miłości. Do Miłosiernej Miłości, to co zyskasz? Kiedy po ludzku człowieka już nie ma. Nie ma z nim kontaktu, ale nie rozpoczął jeszcze przejścia. Jeszcze nie zaczął mi przelatywać przed oczami film z mojego życia.

W momencie, w którym zwróciłeś się do Boga, rozpoczęło się Twoje przejście na drugą stronę.
Gdy zamykasz oczy nie masz żadnych gwarancji, że je otworzysz. W momencie, jak opadły mi powieki i nie byłem w stanie ich podnieść dotarło do mnie, że przesuwające się przed moimi oczama sufitowe światła w szpitalu to ostatnia rzecz, które prawdopodobnie zobaczyłem na tym świecie. Wtedy nic ci już nie pomoże. Kasa czy kumple. Nie pomogą pieniądze. Także to wszystko, na czym budowałem moją pewność. To kompletnie nie ma znaczenia.

To oddanie się i zdanie na Boga w pokorze jest bardzo ważne. Jak to wyglądało?
Wszedłem w tym całym chaosie w przestrzeń ciszy, Pan Bóg mówi do nas w ciszy. Pamiętam, że powiedziałem mu: ,,Proszę Cię o 10 lat”. Chciałem chociaż wychować syna. Miałem również inne prośby, tu coś zapłacić, tam kontrakt dokończyć.

Jak wyglądało samo przejście? Jesteś młody. Masz 30 lat, gdy tego doświadczasz.
To bardzo konkretne, i wymierne doświadczenie. Zrozumiałem, że umarłem. Że moje ciało umarło. Świadomość, że to nie jest koniec, tylko wyszedłem przed jasny dość podłużny punkt swoich narodzin. Niektórzy mogą go kojarzyć z tunelem. Zobaczyłem film z własnego życia, ale przedstawiony oczami Pana Boga. Widziałem się w różnych sytuacjach. Przed moimi oczami przesuwało się całe moje życie. Cofało się jakby do początku, do momentu moich narodzin. Miałem świadomość, że to wszystko jest skończone, wycenione. Przestałem odbierać bodźce typu słuch, węch, zapach. One nie miały już znaczenia, więc nie bombardowały umysłu. Zaczynała wracać świadomość skąd jestem i skąd przyszedłem. Oraz to, że wracam do domu.

Niesamowite…
To bardzo ciekawe i dziwne doświadczenie w tym sensie, że zobaczyłem swoje życie oczami Pana Boga. Te 30 lat mojego życia porównuję do 15 sekund. Przy czym każda chwila czy decyzja w naszym życiu ma znaczenie. Rodzi jakieś skutki i w każdej zanim cokolwiek zrobisz, najpierw o niej myślisz. Wzbudzasz w sobie intencje. Albo dobrą albo złą. W zależności od tego budowany jest Twój poziom szczęśliwości, szczęścia albo cierpienia. Widzisz siebie, swoje motywacje i to co Tobą kierowało. Nawet podświadomie. W zależności, jak chciałeś, tak zaczynasz odczuwać. Kompletnie nie ma znaczenia, jak wyszło. Nie ma znaczenia efekt, owoc Twojego działania. Liczy się tylko Twoja intencja, jaką miałeś w sercu. Nawet ta podświadoma. Więc, jak chciałeś dobrze, a wyszło po ludzku wyszło źle, poziom szczęśliwości jest wysoki. Jednocześnie następowała wycena mojego życia. Jedynym kryterium było to, co w danym momencie chciałem osiągnąć i co mną kierowało. Jaka była moja intencja. Bóg ocenia tylko Twoją intencję, Twój zamysł, który miałeś w sercu. Przy czym sumowały się intencje negatywne i pozytywne. Było to na tyle bardzo mocne doświadczenie dlatego, że w jednej chwili czułeś się szczęśliwy, by za chwilę odczuwać cierpienie.

Nad swoim postępowaniem na co dzień nie zastanawiamy się. A jeżeli już to patrzymy i przypominamy sobie jedynie ważne sytuacje z naszego życia.
Tak. Myślimy o najważniejsze są newralgicznych momentach w życiu: chrzcie, Komunii Świętej, czy ślubie. Co jest pomiędzy tym? Nie zastanawiamy się. Kto z nas przecież myśli o śmierci? Zawsze mamy coś do zrobienia, kasę do zarobienia. Myślałem, że jak kiedyś umrę to stanę, jak w sądzie przed jakimś sędzią i że skoro Bóg nas kocha i poszedł za nas na Krzyż to będzie ok. A to jest bardzo blisko czegoś, co określa się jako fałszywe miłosierdzie.

No tak, bo żyjemy tu i teraz nie zastanawiając się nad tym, że ma to wpływ na naszą wieczność. Ty stanąłeś z wyrzutami sumienia.
Kompletnie nie brałem tego pod uwagę. Liczyła się pełna kieszeń pieniędzy, kolejny samochód, kolejne rzeczy. Dlaczego o tym mówię? Bo naszą wieczność do której zmierzamy i którą budujemy każdego dnia. Każdą sytuacją, każdym swoim wyborem czy intencją. Każdym swoim zamysłem. ,,Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie” (Ewangelia św. Łukasza 6,38). To prawda. Będziemy sądzeni z własnych uczynków. To był Mały Sąd Ducha Świętego. Odbywa się on zaraz po naszej śmierci. Zobaczyłem siebie jako 9-letnie dziecko, które paroma kopniakami na przerwie pokazuje koledze kto będzie rządził w klasie. Nie miał nawet siniaków, nie było żadnego wpisu do dzienniczka, nie było nic. A znalazłem się w ogniu.

Jak myślisz dlaczego?
Ponieważ w tej sytuacji nie znalazłem żadnego usprawiedliwienia. On mi nic nie zrobił. Ja go w ogóle nie znałem. Zobaczyłem, że jedyną moją motywacją była moja dziecięca pycha: ,,Ja będę rządził w klasie, ja, ja…!” Znalazłem się w ogniu, który mnie nie spalał, dlatego że byłem poza ciałem. Gdybym był w ciele, to serce pękło by mi z bólu.

Na samym końcu bilans na Sądzie wyszedł na plus.
Nigdy nie byłem tak szczęśliwy. To jest inny poziom szczęścia, tego się nie da opowiedzieć. Szczęśliwość szczęśliwości. Radość radości. My tego na co dzień nie doświadczamy i nie mamy określeń w języku, które mogłyby być adekwatne. Świadomość, że znalazłem się w Miłości, która jest stanem przyszła za moment wraz ze świadomością, że ten stan nigdy się nie zmieni. Że zawsze tak będzie.

Wracając do tego, co zobaczyłeś w swoim życiu. Każda sytuacja odciska na nim piętno.
Tak, dokładnie. Zobaczyłem sytuacje, które wydawałyby się bez sensu, których nie zamierzałem. Np. jedziesz sobie samochodem, zagapisz się, zajedziesz komuś lub ktoś Tobie przypadkowo drogę. Zaczyna się dyskusja i ,,miłość się” wylewa. Możesz opuścić szybę i też odpowiedzieć tym samym. Albo po prostu powiedzieć: ,,Błogosławię Cię”. Lub po prostu powiedzieć: ,,Przepraszam”. I uśmiechnąć się. Wzbudzić w sobie dobrą intencję. Nawet, jeżeli nie Ty to spowodowałeś.

Tam, po drugiej stronie spotykasz się z Miłością. Ale inną, niż mamy do czynienia tutaj.
Dotarła do mnie świadomość, że Miłość z którą spotkałem się nie jest miłością, którą znałem z życia. Tutaj polega ona na emocjach, a tamta Miłość jest stała, niezmienna i jest stanem. O ile pierwsza wprawiła mnie w zachwyt to druga w uwielbienie. Oddalając się od punktu narodzin poczułem się, jakbym szedł w źródle, wracając do domu. Dosłownie. Dlatego kiedy zobaczyłem obraz mojej rodziny to byłem wielce zdumiony. Dosłownie patrzyłem i mówiłem: ,,Po co oni rozpaczają? Dlaczego? Jestem taki szczęśliwy”. Wtedy zacząłem prosić Pan Boga, żeby pozwolił mi wrócić. Ale nie chciałem wrócić na żadne 10 lat, jak wcześniej. W życiu. Teraz chciałem wrócić tylko na chwilę, żeby powiedzieć im, aby nie martwili się o mnie. Żeby nie rozpaczali, a raczej radowali się. Kompletnie nie rozumiałem ich rozpaczy. Pragnąłem powiedzieć im, że życie na ziemi mija, jak pstryknięcie palcem.

Choć prawie umarłeś, to byłeś ciągle żywy. Odczuwałeś związek ze swoim ciałem? Czy było to coś obcego?
Nie odczuwałem. Nie było obcego. Wiedziałem, że to jest moje ciało. Natomiast traktowałem to jako kawałek mięsa. W całości, z całą świadomością, z tym czym jestem, z całą swoją personalnością byłem tu pod sufitem.

Byłeś świadomy tego co się dzieje?
Tak. Cały czas, tylko nie przebywałem w swoim ciele. Jest to doświadczenie obserwowania tego, co dzieje się z Twoim ciałem z perspektywy sufitu. Oglądania operacji, dialogów, krzątaniny wokół co można by kolokwialnie określić kawałkiem mięsa.

Będąc w szpitalu słyszałeś i widziałeś rzeczy, których nie powinieneś widzieć. Wiemy o historii z lekarką.
Byłem w śpiączce sztucznie utrzymywany przy życiu ze względu na to, że wątroba, a właściwie jeden płat czyli 2/3 wątroby rozpadły się. Nastąpiło wielofragmentowe pęknięcie wątroby. Pierwotnie próbowano ją zszywać, a ona się rozpadała. Kiedyś, jak przyszedłem podziękować pani lekarz, zadała mi ona pytanie, czy przy pacjencie w tak ciężkim stanie farmakologicznych należy mówić czy też nie? Czy słyszy czy nie słyszy? Odpowiedziałem, że to właściwie nie ma żadnego znaczenia co się mówi, ponieważ to co ma usłyszeć to usłyszy, a to czego ma to nie usłyszy. Ta odpowiedź ją zdziwiła i zaciekawiła.

Opisałeś jej jakąś historię, która zdarzyła się z Twoim udziałem?
Widziałem siebie na stole operacyjnym, rozmowy lekarzy. Opowiedziałem jej dwa przypadki. Jednym z nich była operacja. Była to ciężka operacja i trwała dłuższy okres. Powiedziałem, że w jej trakcie przez cały czas nie można było zatamować krwotoku. Wspomniałem, że tej sytuacji poszła do swojego gabinetu i zadzwoniła Pani do stacji krwiodawstwa w Gdańsku, prosząc o dosłanie dla mnie kolejnej partii krwi. Oni jej odpowiedzieli, że tej grupy krwi zostało tylko 5 litrów i że jej nie przyślą, ponieważ jest to żelazny zapas na okoliczność wypadku i nie widzą różnicy pomiędzy moim życiem a potencjalnego wypadkowicza, zwłaszcza że nie jestem pacjentem rokującym nadzieję ponieważ dano mi 20 litrów tej krwi i to nie wystarczyło. Powtórzyłem nie tylko te słowa, ale także to co usłyszała w telefonie. Również to, że w tym momencie powiedziała komuś przez telefon, że w takim razie składa zawiadomienie do prokuratury o nieudzieleniu pomocy i odłożyła słuchawkę.

Jej upór Tobie pomógł?
Tak. Wysłano dwa litry i te dwa litry wystarczyły. Doszły modlitwy ludzi i krwotok się zatrzymał. Opowiedziałem także o drugim przypadku, o czym wtedy nie wiedziałem. Akademia na początku roku do końca stycznia 2003 r. póki nie zapłaciła należności, uzyskiwała leki ratujące bezpośrednio życie jedynie na kredyt. Powiedziałem jej, że zadzwoniła do swojej koleżanki na inny oddział lub do drugiego szpitala i zapytała się, czy mają 3 ampułki leku, którego potrzebowałem. Tamta Pani powiedziała, że tak.

To tylko pokazuje, że z chwilą śmierci tu na ziemi nie umieramy, ale przenosimy się w inny wymiar. Żyjemy nadal.
Życie się nie kończy. Ono się zmienia. Przestajesz odbierać percepcję cielesną, a cały czas funkcjonujesz. Świadomość śmierci bierze się z obumierania ciała. Tymczasem śmierć nie istnieje.

Słyszałeś modlitwy tych, którzy się za Ciebie modlili?
Wiele. Bardzo wiele. Jeden wielki szum. Wyłaniały się z niego pojedyncze głosy. Czasami z obrazami, ale zawsze z poznaniem jeżeli nie rozpoznawałem głosu, kto się za mnie modli. W momencie, w którym przechodzisz na tamtą stronę tracisz percepcję cielesną, ale otwierają się Tobie inne wymiary. Porównuję to do zanurzenia głowy pod wodę. Jak ktoś to zrobi to coś tam słyszy z zewnątrz, ale generalnie zaczyna słyszeć to, co jest pod wodą.

Były takie modlitwy i ludzie, dzięki którym wróciłeś do żywych?
Tak. Bardzo wiele. Pomimo tego zjednoczenia z łaską nie mogłem uzyskać możliwości powrotu. A te modlitwy cofnęły mnie w moment. Wystarczyło, że usłyszałem: Zdrowaś Maryjo, Ojcze Nasz…Taka jest siła modlitwy i jej moc.

Gdy usłyszałeś modlitwę, wciągnęło Cię z powrotem w ciało.
Modlitwy najbliższych mi osób, ale nie tylko, cofnęły mnie bezpośrednio na intensywną terapię. Stało to się w momencie, w którym wyszedł doktor i powiedział, że już po wszystkim (że nie ma szans na uratowanie Andrzeja – przy. red). Obudziłem, ale zaraz znowu mnie uśpiono. Maszyny zaczęły pikać. Ja nie wiedziałem, tylko słyszałem coraz bardziej intensywne pikanie i w momencie w którym szedłem na tamtą stronę, dochodziły do mnie modlitwy, nasilając się i przywracając mnie do życia.

Słyszałem, że bardzo usilnie modliła się za Ciebie Twoja żona wraz z Twoim śp. bratem Tadeuszem.
Jedną z modlitw była modlitwa Tadzia, który mówił, żeby Bóg wziął go, a mnie zostawił, bo mam syna, którego trzeba wychować. Brat zmarł w 2005 roku w wieku 37 lat, dwa lata po moim wypadku. Miał nowotwór, o którym dowiedział się trzy miesiące po moim wyjściu ze szpitala. Był starszy ode mnie 5 lat.

Można powiedzieć, że żyjesz dzięki jego modlitwie i Łasce Bożej. Ofiarował swoje życie, abyś mógł żyć. Tymczasem dochodzi do Twojego wybudzenia.
Leżałem nieprzytomny, byłem usypiany. Nie było ze mną za bardzo kontaktu. Schudłem ze 120 do 60 kilogramów. Wszyscy zastanawiali się nad tym, jak głęboki był wylew, doszło do niedotlenienia mózgu. Przecież wcześniej doktor ogłosił, że umarłem. W końcu gdy wyjęli mi rurkę tracheotomiczną z gardła, chciałem coś powiedzieć i tylko coś wycharczałem. Z pretensjami, dlaczego mnie obudzili. Tadziu stał nad łóżkiem, obok niego moja żona Emilia, ja charczałem i do dzisiaj mam przed oczami jak Tadziu wzrusza ramionami do niej w geście, że chyba jest źle z moją głową. Musiałem się na nowo uczyć mówić, chodzić. Potem ich przeprosiłem za tę sytuację. Rozumiałem, że oni mnie nie rozumieją, bo nie doświadczyli życia po obumarciu ciała. Miałem też pretensje, dlaczego wymodlili mi mój powrót, bo już miałem życie wygrane a teraz mogę przegrać. Uświadomiłem sobie, że miałem wycenione życie, a teraz od nowa muszę walczyć, aby być zbawionym a wcale nie mam gwarancji. Bo wszystko mogę zmarnować, mam przecież wolną wolę.

Osiągnąłeś prawie metę, a tymczasem trzeba rozpocząć bieg od nowa.
Porównuję to do biegu w maratonie. Biegniesz sobie na którymś tam miejscu, lekko bez szans i przygotowania sportowego. Nagle przed samą metą wskutek jakiegoś wydarzenia wykłada się czołówka i wbiegasz pierwszy na metę. Stawiają Cię na pudle, confetti, radość niespodziewana i niezasłużona. Już jesteś zwycięzcą i nagle ktoś mówi ci: ,,Zabieram ci ten puchar, trzeba biec dalej”.

Andrzej, czy po tych doświadczeniach wolałbyś być już tam?
Przestałem się tym zajmować. Któregoś razu trafiłem do szpitala z podejrzeniem sepsy i paru innych rzeczy. Siedziałem na oddziale ratunkowym i odmawiałem Koronkę do Ran Chrystusa. Modlitwa ta znosi ból. W momencie, w którym mnie przyjęli, zamknąłem sobie oczy i poczułem, że idę w tamtą stronę. Pomyślałem sobie: ,,Panie, może to już dzisiaj?” Poczułem się bardzo bezpieczny. Byłem w stanie łaski uświęcającej i po Komunii Świętej. Pojawiły się w mojej głowie myśli: ,, A co z Twoją rodziną? W ogóle o niej nie myślisz. Myślisz tylko o sobie. To jest egoizm. To jest egoistyczna wola. W ogóle nie myślisz, jaka jest Wola Boża. A brak pokornego poddania się Woli Bożej jest pychą. A wiesz, kto jest ojcem pychy?” Jak ta myśl do mnie doszła, jak otworzyłem oczy i powiedziałem w myślach: ,,Nie, nie Panie. Mogę wyzdrowieć. Niech Twoja Wola, a nie moja się stanie”.

Twoje doświadczenie spowodowały, że narodził się pomysł kibicowskich pielgrzymek.
Ta cała moja sytuacja spowodowała, że tak wiele osób poruszyło niebo i ziemię modlitwami. Odnowiły się kontakty. Różni ludzie się spotykali, rozmawiali i jak opowiadał ksiądz Jarosław Wąsowicz, Tadziu mówił, że ma takie pragnienie, by kibice odbywali razem pielgrzymki. I one się odbywają, kibice wspólnie wybierają się na Jasną Górę. Pierwsza pielgrzymka odbyła się po śmierci brata.

Andrzej, doświadczyłeś cierpienia tutaj i tam. Czym jest dla Ciebie prawdziwe cierpienie?
To ta jedna sekunda wrzucenia w ognień piekielny, który cię nie spala bo nie jesteś w ciele. To jest rzecz niewyobrażalna. Gdybym był w ciele to by mi pękło serce. Gdy miałem złą intencję to czułem niewyobrażalne cierpienie. To, że się obudziłem w trakcie zabiegu i zeszło mi znieczulenie to fraszka. To, że idę teraz do szpitala to nie ma problemu. Dlatego obecnie na każdej Mszy Świętej robię ofiarowanie za dusze w czyśćcu cierpiące. Jednocząc się z ofiarą Pana Jezusa, bo tylko ona jest miła Bogu. Ofiarowuje Mu wtedy wszystko, czym jestem, nawet oddech. Każdą chwilę, każdą sekundę. Z całego serca namawiam Was do tego samego.

Zatem żadne cierpienie tutaj duchowe czy fizyczne nie jest w stanie zbliżyć się do cierpienia, które mają dusze potępione.
Tak.

Jak wykorzystujesz ku Bożej Chwale to Twoje doświadczenie?
Mam większą świadomość swoich zaniechań. Staram się. Mam nadzieję, że będę świętym.

Żyjesz tą nadzieją?
Tak, ale nie jestem w stanie sam z siebie tego uczynić. Łaska Boża musi przyjść, aby to było możliwe. Ale z łaską trzeba współpracować i tego pragnąć. Obecnie jestem bardziej praktykujący. Mam pragnienie obecności w kościele na Mszy Świętej. Jestem uzależniony od Komunii Świętej. Ten nałóg warto pielęgnować! Do dzisiaj, jak parę dni nie jestem w stanie łaski uświęcającej i u Komunii Świętej to jest dół. Przed wypadkiem nie zawsze znajdowałem czas dla Pana Boga. Dzisiaj ten czas znajduję.

Jak postrzegasz siebie dzisiaj jeśli chodzi o Twoje życie sprzed wypadku?
Jest wiele rzeczy, które zrobiłbym inaczej. Paru piw bym nie wypił, odpuściłbym dwie “kolejki”, gdybym wiedział, że stracę nad sobą kontrolę i wejdę bezsensowny spór czy jakieś inne niefajne rzeczy. Jak każdy z nas mam wiele sytuacji, które mógłbym przeżyć inaczej, jeśli byłoby mi to dane. Natomiast nie ulegam oskarżeniom. Wiem, że duch oskarżenia nie jest duchem Bożym. Dzięki swoim upadkom i słabościom doświadczyłem, że Bóg wydobywa mnie swoją łaską z dołu grzechu, z dołu śmierci za każdym razem, kiedy szczerze żałuję i  nawracam się do Niego. Bóg kocha miłością bezwarunkową.

Słyszałem, że działasz w Rycerstwie św. Michała Archanioła, we wspólnotach charyzmatycznych i ewangelizacyjnych. Co na koniec poleciłbyś naszym Czytelnikom?
Żebyście ofiarowali Bogu wszystko od początku życia do naturalnej śmierci w jedności z Jego ofiarą. Będzie ona miała wartość modlitwy, taką jak ma ta ofiara, nieskończoną. Mieć wszystko u Boga w duchu. Błogosławieni ubodzy w duchu. Życzę Wam, abyście byli Bożym odbiciem.

Mądre słowa.
My tak naprawdę jesteśmy w procesie umierania, a oni (osoby umarłe – przyp. red) żyją są w procesie niezmiennym. My umieramy, a oni żyją, To nie chodzi o pocieszenie. Tu chodzi o prawdę. O spotkanie z prawdą. Bo prędzej czy później staniesz w sytuacji,w której wiara przestanie być wiarą, nadzieja się wypełni, to co zostanie? Miłość.

Dlatego trwa walka o dusze. Diabeł robi wszystko, aby zwieść ludzi. Aby nie byli przygotowani na śmierć, nie wyspowiadali się, nie mając spokoju duchowego. Swoją drogą polecamy Spowiedź Generalną (osoby czytające ten wywiad mogą porozmawiać z księdzem na ten temat i przygotować się do takiej spowiedzi – przyp. red.)
Walka trwa do ostatniej chwili. Przeszkody są dopuszczone, ponieważ Bóg nie za owoce wynagradza, ale za wysiłek i trud podjęty. Te wszystkie okoliczności i przeszkody są ku temu, żeby okazać Panu Bogu miłość. Istotą miłości jest wierność. Jest napisane: ,,Wszystkich was poddałem pod grzech, żeby wszystkim wam okazać miłość w uczynkach czyli miłosierdzie”. Czyli jeżeli wszystkich was poddałem pod grzech, pod niewierność to o jaką wierność może tu chodzić, która jest istotą miłości? Ta wierność nie polega na tym, że nie upadniemy, tylko na jak najszybszym powrocie do Niego. Czyli ilekrotnie upadniemy, mamy współpracować z łaską. Nie prowadzimy walki sami. Bóg nam w tym pomaga. I takiej wierności życzę Wam Drodzy Czytelnicy życzę. Na wieki wieków. Amen.

Bóg zapłać za rozmowę.
Rozmawiał: Paweł Pusz

Fotografie pochodzą z filmu dokumentalnego w reż. Jarosława Mańki: ,,Siła modlitwy”.

,,Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie”. (Mt 10,32-33)

Drogi Czytelniku, jeżeli spodobało się Tobie świadectwo Andrzeja, zachęcamy do kupna jego książki Po drugiej strony życia. Polecamy kupno książki wraz z filmowym świadectwem Siła modlitwy w reżyserii Jarosława Mańki. Osoby zainteresowane proszone są o kontakt mailowy klub@religijna.pl, lub telefoniczny: 12 345 42 00, 12 446 72 56.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj