Jak co roku świętujemy narodziny Pana Jezusa, ale czy odpowiednio przyjmujemy Go na co dzień do naszych serc? Czy staramy się Go naśladować w swoim życiu, każdego dnia?

Niejednokrotnie zdarza się nam spotykać ludzi żebrzących na ulicach, także przy kościołach. Często pomagamy tym ludziom poprzez ofiarowanie im pewnej sumy pieniędzy i udajemy się dalej w swoim kierunku. Nierzadko nie próbujemy z nimi nawet chwilę porozmawiać, lecz odchodzimy w poczuciu spełnionego dobrego uczynku. Ilu z nas, mijając kogoś żebrzącego, zatrzyma się przy nim na chwilę, spróbuje porozmawiać, po prostu dostrzec w tej osobie człowieka, zamiast tylko dać bez słowa pieniądze? Czy właśnie takiej pomocy udzieliłby Jezus? Odpowiedź na to pytanie może nam zobrazować historia opisana w Ewangelii, dotycząca niewidomego pod Jerychem (Mk 10, 46-52).

Opowieść ta dotyczy niewidomego żebraka imieniem Bartymeusz, który słysząc o nadchodzącym Jezusie, zawołał: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”. Wielu znajdujących się w pobliżu ludzi próbowało go uciszyć, lecz człowiek ten jeszcze głośniej zawołał. Wołanie to dotarło do Jezusa, który kazał niewidomego przywołać do Siebie.

Rozważmy tę historię w stosunku do naszego życia. Jak często stajemy się takim tłumem, który widząc ludzi w potrzebie, stara się ich uciszyć, bo ci ludzie przeszkadzają, śmierdzą, są brudni, niewygodni dla naszego życia? A jak często staramy się, podobnie jak Pan Jezus, wsłuchać się w ich wołanie o pomoc i odpowiedzieć na ich wezwanie?

Spójrzmy na postawę samego Jezusa, który przecież jest Bogiem i doskonale wie, co dolega temu człowiekowi. Mógłby mu pomóc ot tak, nawet nie zwracając uwagi na niego. Jezus jednak robi coś zupełnie innego. Każe go przywołać do Siebie. Ale przecież Bartymeusz jest niewidomy. Jak więc ma trafić do Jezusa, skoro Go nie widzi? Beznadziejność sytuacji i desperacja, w jakiej znajduje się potrzebujący, sprawia, że staje on na wyżynach swoich możliwości i idzie po omacku do Syna Bożego. A Jezus dalej zadaje mu pytanie, pomimo, że dobrze wie, co mu dolega: „Co chcesz, abym ci uczynił?”. Pan Jezus nie idzie na łatwiznę, nie uzdrawia go ot tak, po prostu. Chce poznać jego problem, jego historię. Po czym dopiero mu pomaga i uzdrawia ze ślepoty.

To pokazuje, że ważna jest nie tylko pomoc materialna, ale również zainteresowanie się historią danego człowieka. Ponieważ po rozmowie z potrzebującym pomocy człowiekiem, może się okazać, że na przykład znamy lekarza, który może pomóc danej osobie, znamy świetnych terapeutów lub ośrodki, które oferują pomoc dla uzależnionych. Znamy bractwa, schroniska lub noclegownie, gdzie znajdą oni schronienie lub miejsce pracy, gdzie znajdą zatrudnienie. A być może usłyszą dobre słowo pocieszenia w ich trudnym życiu. I co najważniejsze, nie poczują się odrzuceni, jeśli poświęcimy im więcej czasu, niż te kilka sekund na wrzucenie monet. Poczują się w swoim życiu wysłuchani.

Bez względu na to, jak potrzebujący wygląda, czy jest alkoholikiem, narkomanem, brudnym, zaniedbanym człowiekiem, czy zwykłą osobą w potrzebie, nie oceniajmy życia tych ludzi, nie osądzajmy ich, nie uciszajmy, jak tłum w historii o Bartymeuszu. Ci ludzie potrzebujący pomocy wznieśli się na wyżyny swoich możliwości, żeby się tak uniżyć, będąc we własnym wstydzie, aby prosić innych o pomoc. Sytuacja, w której się znaleźli jest przecież dla nich wielkim cierpieniem i upokorzeniem. Wyciągają rękę o pomoc i pragną, aby inni dostrzegli w nich po prostu człowieka. Każdy z nas nie raz w swoim życiu wyciąga rękę o pomoc. Przecież każdy pragnie i szuka miłości, zrozumienia, akceptacji, szacunku…

ZT

„Nie wolno przechodzić obojętnie. Musimy zatrzymać się obok cierpiącego, bez względu na to, kim jest. To dar z nas samych” (Św. Jan Paweł II).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here