Sprawozdanie finansowe gazety Ziarno Nadziei sierpień-październik nr 9-10/2021

Kochani Bracia i Siostry,

Poniżej przesyłamy Wam kompleksowe sprawozdanie finansowe dotyczące sierpniowo-październikowego wydania bezpłatnej katolickiej gazety ZiarnoNadziei.

Tworzymy ją charytatywnie i docieramy do wielu miejsc, m.in.: szpitali, hospicjów, ośrodków pomocy społecznej, ośrodków terapii uzależnień, domów samotnej matki, domów dla bezdomnych, zakładów i schronisk dla nieletnich, zakładów karnych i więzień (w całej Polsce).

Oto zestaw dokumentów załączonych w załączniku wraz z całkowitymi kwotami związanymi z wydaniem numeru ZiarnoNadziei (gazeta jest również do pobrania na stronie https://ziarnonadziei.pl/home/pobierz-ziarno-nadziei):

1. Pełna historia konta (wpłaty darowizn oraz koszty związane z gazetą ZiarnoNadziei od dnia 9.09.2021 do 10.11.2021). Wcześniej, tj. 10.09.2021 na portalu ziarnonadziei.pl opublikowaliśmy pełną historię wpłat na darowiznę dotyczącą ZiarnoNadziei dotyczącą poprzedniego numeru.

2. Faktura za druk gazety ZiarnoNadziei sierpień-październik 2021 r. (1162,35 zł brutto). Nakład gazety wyniósł 5 000 egzemplarzy.

3. Koszt znaczków i kopert łącznie 508,50 zł brutto (łącznie 160,80 zł brutto oraz 347,70 zł).

4. Dokument (faktura) za transport gazety sierpień-październik w wysokości 105,78 zł brutto.

5. Koszt prowadzenia rachunku bankowego za 09/2021 oraz 10/2021 w wysokości 2 x4,90 zł = 9,80 zł brutto.

Całkowity koszt utworzenia gazety ZiarnoNadziei wyniósł 1786,43 zł brutto, zaś wpłaty darowizn w terminie od 9.09.2021 do 10.11.2021 wyniosły 1995 zł brutto.

W załączniku przesyłamy wszystkie dokumenty do pobrania. Dla przejrzystości naszego projektu, każdorazowo po wydaniu każdego numeru, publikujemy sprawozdanie finansowe.

Jeszcze raz dziękujemy Wam za okazane serce i prosimy o modlitwę w intencji gazety ZiarnoNadziei, ażeby była ona nieustannie narzędziem w rękach Boga i dzięki niej jak najwięcej osób powróciło na Bożą drogę.

Jeżeli chcesz wspomóc nasz projekt i pomóc nam dotrzeć do wielu osób ze Słowem Bożym, to możesz dowolną kwotę płynącą prosto z serca wpłacić na następujący numer konta:

Bank Millenium

Paweł Pusz

nr konta: 13 1470 0002 2023 7315 2000 0001

UWAGA: Prosimy w tytule przelewu podać: Darowizna na gazetę ZiarnoNadziei.

Jeszcze raz dziękujemy Wam za okazane serce i prosimy o modlitwę w intencji gazety ZiarnoNadziei, ażeby była ona narzędziem w rękach Boga i dzięki niej jak najwięcej osób powróciło na Bożą drogę. Przy okazji w każdą trzecią sobotę o godzinie 7:00 w Sanktuarium Męki Pańskiej i Matki Bożej w Kalwarii Pacławskiej odbywa się Msza Święta w intencji wszystkich darczyńców.

Jeszcze raz z całego serca wszystkim darczyńcom dziękujemy.

Zespół ZiarnoNadziei

1 34 2 18 3 16 4 15 5 14 6 13 7 13 8 14 9 12 10 12 11 12 12 12 13 9 14 8 15 7

Módlmy się za zmarłych

W listopadzie, jak wiadomo, obchodzimy Dzień Zaduszny. Ludzie udają się wówczas na cmentarze. W ten sposób okazujemy naszym bliskim zmarłym swoją pamięć. Jednak pamiętajmy o nich nie tylko od święta…

Samo odwiedzenie cmentarza jest jak najbardziej właściwe. Jednak musimy zdawać sobie sprawę z tego, że dla duszy zmarłej osoby istotne znaczenie ma modlitwa. Niestety tak wielu z nas o tym zapomina, a to właśnie modlitwą w największym stopniu możemy zmarłym pomóc. Oni staną się naszymi orędownikami przed Bogiem i w chwili naszej śmierci będą wstawiać się u Boga za nami. Dusze zmarłych dla siebie nie mogą nic zrobić. Dlatego pamiętajmy o nich w modlitwie! Także o modlitwie za te dusze, za które nie ma się kto modlić, które są najbardziej opuszczone i zapomniane.

Listopad to nie tylko Święto Zmarłych, ale także wspomnienie św. Gertrudy Wielkiej, które przypada na dzień 16 listopada. W czasie jednej z licznych wizji, jakie miała ta Święta, Pan Jezus podyktował św. Gertrudzie prostą modlitwę. Prostą i krótką, ale niezwykle skuteczną. Jezus obiecał, że za każdorazowe jej odmówienie uwolni z Czyśćca 1000 dusz. Modlitwę tę można odmawiać wielokrotnie w ciągu dnia, samemu lub z innymi osobami. Dzięki niej możemy bardzo pomóc duszom, które cierpią w Czyśćcu.

Św. Gertruda bardzo ceniła modlitwę za dusze w Czyśćcu cierpiące. Poświęcała im wszystkie swoje trudy i cierpienia. Ta postawa podobała się Jezusowi. W czasie jednej z wizji powiedział do św. Gertrudy: „Bądź pewna, moja córko, że twoje umiłowanie zmarłych nie będzie ci przeszkodą. Wiedz, że ten hojny dar, jaki złożyłaś ze wszystkich swoich uczynków duszom czyśćcowym, szczególnie mi się spodobał, a na dowód tego oświadczam, iż wszystkie kary jakie musiałabyś znosić w życiu przyszłym, zostały ci odpuszczone – co więcej, w nagrodę za twą szczodrość tak pomnażam wagę twoich zasług, że będziesz się w niebie cieszyć wieczną chwałą”.

PP

Modlitwa św. Gertrudy uwalniająca 1000 dusz z Czyśćca
Ojcze Przedwieczny,
ofiaruję Ci, Najdroższą Krew Boskiego Syna Twego,
Pana naszego, Jezusa Chrystusa
w połączeniu ze wszystkimi Mszami świętymi
dzisiaj na całym świecie odprawianymi,
za dusze w Czyśćcu cierpiące, za umierających,
za grzeszników na świecie,
za grzeszników w Kościele powszechnym,
za grzeszników w mojej rodzinie,
a także w moim domu. Amen.

Modlitwa za dusze najbardziej opuszczone w Czyśćcu
O Maryjo, swym litościwym sercem obejmij dusze zamknięte w ciemnych więzieniach pokuty, a niemające na ziemi nikogo, kto by o nich pamiętał. Najlepsza Matko, wejrzyj swym miłosiernym wzrokiem na te dusze opuszczone, przyjdź im ze skuteczną pomocą wśród opuszczenia, w jakim pozostają, i pobudź serca wielu wiernych do modlitwy za nie. O Matko Nieustającej Pomocy, zlituj się nad duszami opuszczonymi w Czyśćcu!

Modlitwa za zmarłych do Miłosierdzia Bożego
Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła. Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych. Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

Pokora drogą do uzdrowienia

Świadectwo

Chciałbym podzielić się z Wami moim świadectwem uzdrowienia z guza.

Miałem go przez kilka lat. Jak pewnie wielu mężczyzn, unikałem wizyty u lekarza, bojąc się diagnozy. Guz znajdował się na obojczyku przy szyi po prawej stronie i był wielkości połowy piłki golfowej. Guz był nie tylko widoczny, ale powodował również po całym dniu nieprzyjemny zapach, który pozostawał również na koszulach. Któregoś razu, w moim mieście była odprawiana Msza święta z modlitwą o uzdrowienie. Pojechałem na nią. Był to specyficzny dzień. Był to dzień, w którym walczyłem ze swoimi słabościami, ze swoim grzechem. Muszę dodać, że było to w tym czasie, gdy niewiele wcześniej odkryłem Boga Żywego w swoim życiu i miałem właśnie tego dnia silne pokusy. Jechałem na Mszę z poczuciem tego, jakim małym i marnym jestem człowiekiem. Nigdy tak wcześniej nie miałem, ale tego właśnie dnia uświadomiłem sobie, jak niedoskonały jestem. Pamiętam myśl, która mi chodziła po głowie: „Jestem niegodny, kimże jestem”… Jednocześnie w moim sercu pojawiła się autentyczna skrucha oraz uniżenie przed Bogiem.

Udałem się na Mszę. Ogrom ludzi sprawił, że stanąłem na końcu kościoła przy drzwiach wejściowych. Po Mszy odbywała się adoracja Najświętszego Sakramentu. Podczas tej adoracji z ust kapłana padły słowa, które zapamiętam do końca życia. Kapłan rzekł: ,,A teraz Jezus przechadza się po kościele i idzie na sam koniec. Dotyka mężczyznę, który ma guza. Ten mężczyzna zaczyna czuć ciepło, ale tylko w tym miejscu. To znak, że następuje uzdrowienie”. W tym momencie zacząłem czuć ciepło. Wypierałem wówczas ze swojej świadomości, że to może dotyczyć właśnie mnie.

Jakie było moje zaskoczenie, kiedy następnego dnia guz, który się do tej pory nie zmniejszał, a nawet ostatnimi czasy zaczął się powiększać – zniknął! Teraz wiem, że to Bóg oczyścił moje ciało z guza. Paradoksalnie stało się to w zasadzie podczas walki z moimi starymi słabościami. Oczyszczająca dla mnie była łaska dana przez Boga, aby stanąć w prawdzie o sobie i pojechać na Msze świętą z modlitwą o uzdrowienie w całkowitym uniżeniu przed Bogiem, a nie z prośbą o uzdrowienie.

To właśnie uniżając się przed Bogiem, powodujemy, że z pokorą podchodzimy do tego, jakie plany wobec nas ma Bóg. Ja pamiętam, że jadąc na Mszę, nie myślałem o uzdrowieniu, ale o tym, jak grzeszny jestem. W sercu miałem autentyczną skruchę. Wobec Jego cierpienia na krzyżu za mnie i wobec tego, jak bardzo moją postawą Go raniłem. Pamiętajmy, że Bóg zna nas lepiej niż my sami i doskonale zna nasze serca.

Dlatego na koniec chciałbym podjąć temat Mszy świętej z modlitwą o uzdrowienie. Jeździmy na takie Msze ze swoimi intencjami, które mamy w sercach. Pamiętajmy o postawie zaufania, pokory, pełnym uniżeniu się przed Bogiem i zawierzeniu Jemu wszystkich naszych spraw.

Paweł

Litania do bł. ks. Jerzego Popiełuszki

Litania do bł. ks. Jerzego Popiełuszki

Kyrie eleison.
Chryste eleison. Kyrie eleison.
Chryste, usłysz nas.
Chryste, wysłuchaj nas.

Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami.
Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.
Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami.

Błogosławiony Jerzy, męczenniku, módl się za nami.
Odważny wyznawco Chrystusa, módl się za nami.
Wierny świadku Ewangelii, módl się za nami.
Zapatrzony w Krzyż Zbawiciela, módl się za nami.
Czcicielu Maryi Niepokalanej, módl się za nami.
Oddany od dzieciństwa Bogu, módl się za nami.
Wychowany w pobożnej rodzinie, módl się za nami.
Gorliwy w służbie ołtarza, módl się za nami.
Pragnący naśladować świętych, módl się za nami.
Wierny głosowi powołania, módl się za nami.
Apostole godności człowieka, módl się za nami.
Obrońco nienarodzonych, módl się za nami.
Miłosierny dla cierpiących, módl się za nami.
Wrażliwy na los pokrzywdzonych, módl się za nami.
Dobry pasterzu ludzi pracy, módl się za nami.
Uczący zło dobrem zwyciężać, módl się za nami.
Wzywający do męstwa i solidarności, módl się za nami.
Broniący wartości ewangelicznych, módl się za nami.
Przestrzegający przed chęcią odwetu, módl się za nami.
Wzywający do trwania w nadziei, módl się za nami.
Niesprawiedliwie oskarżany, módl się za nami.
Okrutnie umęczony, módl się za nami.
Kapłanie wierny aż do końca, módl się za nami.
Męczenniku prawdy i wolności, módl się za nami.
Orędowniku spraw Kościoła i narodu, módl się za nami.

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

V. Głosiłem Twoją sprawiedliwość w wielkim zgromadzeniu.
R. I nie powściągałem ust moich, o czym Ty wiesz, Panie.

Módlmy się:
Wszechmogący wieczny Boże, Ty w swojej Opatrzności uczyniłeś błogosławionego Jerzego, prezbitera, niezłomnym świadkiem Ewangelii miłości, wejrzyj na jego męczeńską śmierć w obronie wiary oraz godności człowieka i przez jego przyczynę spraw, byśmy żyli w prawdziwej wolności i zło dobrem zwyciężali. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Twojego, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.

Opracowanie – o. Gabriel Bartoszewski OFMCap. – za zgodą Kurii Metropolitalnej Warszawskiej (źródło)

Szukać Go skutecznie

W pogoni za codziennymi sprawami może się zdarzyć, że zgubimy Jezusa. Wbrew powszechnemu myśleniu dotyczy to nie ludzi żyjących z dala od Boga, czy takich, którzy przypominają sobie o Nim wtedy, gdy są w potrzebie, ale może się to przydarzyć każdemu. Istotne znaczenie ma jednak to, co w takiej sytuacji zrobimy.

Codzienne obowiązki, problemy, mnóstwo różnych spraw do załatwienia może sprawić, że stracimy z oczu Jezusa. Ten bieg przez codzienność nierzadko powoduje, że skupiamy się na rozmaitych sprawach, tych ważnych i mniej ważnych, spychając na drugi plan relację z Synem Bożym. Często możemy być tego nieświadomi, gdyż będąc ludźmi, mamy do czynienia z uczuciami i emocjami, które wpływają na nasze decyzje i postępowanie. Dysponując wolnością, którą dał nam Bóg, nie zawsze właściwie z niej korzystamy i popełniamy błędy. Choćbyśmy starali się być jak najlepszymi sługami Bożymi, to nie unikniemy upadków. Ważne jest jednak to, by się z nich nieustannie podnosić. By szukać w swoim życiu Jezusa.

Wiemy z Ewangelii, że Maryja i Józef zgubili Jezusa. Nie zauważyli, że Jezus został w świątyni jerozolimskiej. Wracali z pielgrzymki z Jerozolimy do Nazaretu w przekonaniu, że Jezus idzie razem z innymi pielgrzymami. Kiedy się jednak okazało, że Jezusa nie ma wśród powracających do Nazaretu pielgrzymów, Maryja wraz z Józefem natychmiast rozpoczęli poszukiwania. Zaczęli Go szukać wśród krewnych i znajomych, jednak bezskutecznie. Wrócili więc do Jerozolimy i tam, dopiero po trzech dniach, odnaleźli Go w świątyni. Jezus słuchał uczonych w Piśmie i zadawał im pytania (Łk 2, 41-51). Ta sytuacja pokazuje i uczy nas tego, że Jezusa można zgubić. Ale jeśli się tak zdarzy, to powinniśmy natychmiast, podobnie jak Maryja i Józef, rozpocząć poszukiwania. Poprzez tą sytuację możemy się także nauczyć, gdzie Go szukać.

Sprawy otaczającego nas świata mogą spowodować, że stracimy z oczu Jezusa, że zgubimy Go w swoim życiu. Na szczęście wiemy, żeby szukać Go w świątyni, czyli współcześnie w Kościele. Tam spotkamy Jezusa w sakramentach. W sakramencie pokuty, gdzie odpuszcza nam grzechy, w Eucharystii, którą przyjmując, jednoczymy się z Nim na nowo, w adoracji Najświętszego Sakramentu, podczas której możemy uklęknąć i po prostu trwać przy Nim. Także podczas Mszy świętej, w Słowie Bożym.

Dlatego jeśli zdarzy się nam stracić z oczu Jezusa, nie zwlekajmy, lecz natychmiast rozpocznijmy poszukiwania i udajmy się tam, gdzie On czeka na nas z otwartymi ramionami. On nie będzie zmuszał nas do przyjścia. Będzie cierpliwie czekał, aż do Niego przyjdziemy. A jak już Go tam odnajdziemy, to zrobi to, co w sytuacji z Maryją i Józefem. Wróci z nami do domu, do naszej codzienności.

ZT

„Jeśli u innych szukasz pociechy i zysku, znajdziesz tylko utratę. Lecz jeżeli we wszystkim szukasz Jezusa, na pewno znajdziesz Jezusa” (Tomasz à Kempis).

Jak trwoga, to… do Kogo?

Gdybyśmy zwracali się do drugiego człowieka tylko w chwilach potrzeby, to czy moglibyśmy mówić o prawdziwej przyjaźni z nim? A jak my się czujemy, gdy ktoś przypomina sobie o nas tylko wtedy, gdy potrzebuje naszej pomocy? Czy nie czujemy się wówczas wykorzystywani?

Każdy z nas pewnie słyszał stare polskie powiedzenie: „Jak trwoga, to do Boga”. Być może usłyszeliśmy je od naszych rodziców, a oni z kolei od swoich rodziców. W tamtych czasach nie było takiego rozwoju techniki i takiego postępu nauki, jak obecnie. Ktoś może powiedzieć, że w dobie tak dużego postępu cywilizacyjnego nie ma już potrzeby odwoływania się do jakichś porzekadeł ludowych. Ale chyba trudno nie zgodzić się z tym, że ta mądrość ludowa dotycząca odniesienia człowieka do Boga, nie przedawniła się i wciąż jest aktualna. Bo czy nie jest tak, że czasami traktujemy Boga w sposób instrumentalny jako środek do osiągnięcia wyznaczonego celu? Sami nie chcielibyśmy być w ten sposób traktowani, więc czemu postępujemy tak wobec Stwórcy, który darzy nas tak wielką miłością?

Niestety zdarza się, że gdy w życiu wszystko układa się pomyślnie, zdrowie nam dopisuje i nie mamy żadnych problemów, wówczas zapominamy o Bogu. Gdy nie ma kłopotów, uważamy, że bardzo dobrze sami sobie radzimy i myślimy, że możemy być niezależni, samowystarczalni i nie potrzebujemy od Niego pomocy. Ale przecież wiadomo, że życie nie składa się z samych szczęśliwych chwil i wcześniej czy później mogą nas spotkać jakieś trudności. Często właśnie w takich trudnych sytuacjach, kiedy nie potrafimy sobie sami poradzić, gdy sytuacja nas przerasta, gdy ludzkie metody działania wydają się być wyczerpane, wtedy przypominamy sobie o Nim. O Bogu, w którym widzimy w takiej trudnej dla nas sytuacji jedyny ratunek. Przypominamy sobie o Nim wtedy, gdy czegoś potrzebujemy… Szczególnie, gdy chodzi o zdrowie nasze lub naszych bliskich. Znane są przecież przypadki, gdy ludzie, którzy deklarowali, że nie wierzą w Boga, w razie na przykład choroby czy jakiejś ekstremalnie trudnej sytuacji, jednak postanawiają zwrócić się do Niego.

Jakaś ważna potrzeba lub trudna sytuacja, w której nie widzimy po ludzku wyjścia, mobilizuje nas do tego, by zwrócić się do Boga, by zacząć się modlić, prosić Go o pomoc, chodzić do kościoła, może zamówić Mszę świętą w danej intencji. Ale czy poza takimi trudnymi sytuacjami i potrzebami, pamiętamy o Bogu i dbamy o pogłębianie relacji z Nim? Ilu z nas może powiedzieć na przykład, że zaczyna każdy nowy dzień od znaku krzyża i podziękowania Bogu za dar życia? Ilu z nas znajduje czas na codzienną modlitwę? Ilu z nas przykłada wagę do regularnego korzystania z sakramentów? Ilu z nas dba o wypełnianie swojego serca Słowem Bożym?

Gdy wszystko w życiu dobrze się układa, zdarza się, że zaniedbujemy relację z Bogiem. Nie wystarcza nam czasu na modlitwę, nie czujemy potrzeby przystępowania do spowiedzi świętej, żyjemy po prostu po swojemu. Do czasu, aż pojawi się ważna potrzeba lub problem, którego nie potrafimy rozwiązać własnymi siłami. To my nierzadko traktujemy Boga jako Kogoś, do Kogo zwracamy się tylko w potrzebie. Tymczasem, aby Bóg stawał się bliższy, trzeba stale pracować nad pogłębianiem relacji z Nim i żyć tak, by w każdym dniu nie zabrakło miejsca i czasu dla Niego. Bóg czeka z utęsknieniem na to, kiedy zapragniemy tak naprawdę zaprosić Go do swojego życia. Czeka na nasze modlitwy. Oby nie były to modlitwy okazjonalne, gdy pojawi się przysłowiowa trwoga…

KG

„Zapomnienie… Wydaje mi się, że to właśnie sprawia Mu najwięcej przykrości!” (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus).

Sprawozdanie finansowe gazety ZiarnoNadziei maj-lipiec nr 5-7/2021

Kochani Bracia i Siostry,
Poniżej przesyłamy Wam kompleksowe sprawozdanie finansowe dotyczące majowo-lipcowego wydania bezpłatnej katolickiej gazety ZiarnoNadziei.

Gazeta ZiarnoNadziei tworzona jest charytatywnie przez młode osoby, które z tego tytułu nie pobierają żadnego wynagrodzenia. Docieramy do wielu miejsc, m.in.: szpitali, hospicjów, ośrodków pomocy społecznej, ośrodków terapii uzależnień, domów samotnej matki, domów dla bezdomnych, zakładów i schronisk dla nieletnich, zakładów karnych i więzień (w całej Polsce), na ulice Warszawy.

Oto zestaw dokumentów załączonych w załączniku wraz z całkowitymi kwotami związanymi z wydaniem numeru ZiarnoNadziei (gazeta jest również do pobrania na stronie https://ziarnonadziei.pl/home/pobierz-ziarno-nadziei):
1. Pełna historia konta (wpłaty darowizn oraz koszty związane z gazetą ZiarnoNadziei od dnia 10.05.2021 do 10.09.2021). Wcześniej, tj. 10.05.2021 na portalu ziarnonadziei.pl opublikowaliśmy pełną historię wpłat na darowiznę dotyczącą ZiarnoNadziei dotyczącą poprzedniego numeru.
2. Faktura za druk gazety ZiarnoNadziei maj-lipiec 2021 r. (3001,20 zł brutto). Nakład gazety wyniósł 25 000 egzemplarzy.
3. Koszt znaczków i kopert łącznie 727,10 zł brutto (łącznie 177,30 zł brutto, 217,80 zł brutto oraz 332 zł brutto).
4. Dokument (faktura) za transport gazety maj-lipiec w wysokości 116,71 zł brutto.
5. Wynagrodzenie na postawie umowy zlecenia dla osoby dystrybuującej gazetę na ulicach Warszawy w wysokości 456 zł brutto.
6. Opłata ZUS za osobę dystrybuującą gazetę w łącznej kwocie 239,59 zł brutto (za okres 07/2021).
7. Podatek PIT-4 za okres 7/2021 wynoszący 31 zł brutto.
8. Oplata SSL na rok w kwocie 121,77 zł brutto.

Całkowity koszt utworzenia gazety ZiarnoNadziei wyniósł 4693,37 zł brutto.
Uwaga: Wpłaty darowizn w terminie od 10.05.2021 do 10.09.2021 wyniosły 3824 zł brutto.

W załączniku przesyłamy wszystkie dokumenty do pobrania. Dla przejrzystości naszego projektu, każdorazowo po wydaniu każdego numeru, publikujemy sprawozdanie finansowe.

Jeszcze raz dziękujemy Wam za okazane serce i prosimy o modlitwę w intencji gazety ZiarnoNadziei, ażeby była ona nieustannie narzędziem w rękach Boga i dzięki niej jak najwięcej osób powróciło na Bożą drogę.

Jeżeli chcesz wspomóc nasz projekt i pomóc nam dotrzeć do wielu osób ze Słowem Bożym, to możesz dowolną kwotę płynącą prosto z serca wpłacić na następujący numer konta:
Bank Millenium
Paweł Pusz
nr konta: 13 1470 0002 2023 7315 2000 0001
UWAGA: Prosimy w tytule przelewu podać: Darowizna na gazetę ZiarnoNadziei.

Jeszcze raz dziękujemy Wam za okazane serce i prosimy o modlitwę w intencji gazety ZiarnoNadziei, ażeby była ona narzędziem w rękach Boga i dzięki niej jak najwięcej osób powróciło na Bożą drogę.

My ze swojej strony również obiecujemy codzienną modlitwę za wszystkich darczyńców.
Pozdrawiamy
Zespół ZiarnoNadziei

1 31 2 17 3 15 4 5 6 7 8 9 10 11 11 12 11 13 8 14 7 15 6 16 4 17 3 18 3 19 2 20 2 21 2 22 2 23 2 24 2 25 2 26 2 27 2 28 1

Dostrzec człowieka

Jak co roku świętujemy narodziny Pana Jezusa, ale czy odpowiednio przyjmujemy Go na co dzień do naszych serc? Czy staramy się Go naśladować w swoim życiu, każdego dnia?

Niejednokrotnie zdarza się nam spotykać ludzi żebrzących na ulicach, także przy kościołach. Często pomagamy tym ludziom poprzez ofiarowanie im pewnej sumy pieniędzy i udajemy się dalej w swoim kierunku. Nierzadko nie próbujemy z nimi nawet chwilę porozmawiać, lecz odchodzimy w poczuciu spełnionego dobrego uczynku. Ilu z nas, mijając kogoś żebrzącego, zatrzyma się przy nim na chwilę, spróbuje porozmawiać, po prostu dostrzec w tej osobie człowieka, zamiast tylko dać bez słowa pieniądze? Czy właśnie takiej pomocy udzieliłby Jezus? Odpowiedź na to pytanie może nam zobrazować historia opisana w Ewangelii, dotycząca niewidomego pod Jerychem (Mk 10, 46-52).

Opowieść ta dotyczy niewidomego żebraka imieniem Bartymeusz, który słysząc o nadchodzącym Jezusie, zawołał: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”. Wielu znajdujących się w pobliżu ludzi próbowało go uciszyć, lecz człowiek ten jeszcze głośniej zawołał. Wołanie to dotarło do Jezusa, który kazał niewidomego przywołać do Siebie.

Rozważmy tę historię w stosunku do naszego życia. Jak często stajemy się takim tłumem, który widząc ludzi w potrzebie, stara się ich uciszyć, bo ci ludzie przeszkadzają, śmierdzą, są brudni, niewygodni dla naszego życia? A jak często staramy się, podobnie jak Pan Jezus, wsłuchać się w ich wołanie o pomoc i odpowiedzieć na ich wezwanie?

Spójrzmy na postawę samego Jezusa, który przecież jest Bogiem i doskonale wie, co dolega temu człowiekowi. Mógłby mu pomóc ot tak, nawet nie zwracając uwagi na niego. Jezus jednak robi coś zupełnie innego. Każe go przywołać do Siebie. Ale przecież Bartymeusz jest niewidomy. Jak więc ma trafić do Jezusa, skoro Go nie widzi? Beznadziejność sytuacji i desperacja, w jakiej znajduje się potrzebujący, sprawia, że staje on na wyżynach swoich możliwości i idzie po omacku do Syna Bożego. A Jezus dalej zadaje mu pytanie, pomimo, że dobrze wie, co mu dolega: „Co chcesz, abym ci uczynił?”. Pan Jezus nie idzie na łatwiznę, nie uzdrawia go ot tak, po prostu. Chce poznać jego problem, jego historię. Po czym dopiero mu pomaga i uzdrawia ze ślepoty.

To pokazuje, że ważna jest nie tylko pomoc materialna, ale również zainteresowanie się historią danego człowieka. Ponieważ po rozmowie z potrzebującym pomocy człowiekiem, może się okazać, że na przykład znamy lekarza, który może pomóc danej osobie, znamy świetnych terapeutów lub ośrodki, które oferują pomoc dla uzależnionych. Znamy bractwa, schroniska lub noclegownie, gdzie znajdą oni schronienie lub miejsce pracy, gdzie znajdą zatrudnienie. A być może usłyszą dobre słowo pocieszenia w ich trudnym życiu. I co najważniejsze, nie poczują się odrzuceni, jeśli poświęcimy im więcej czasu, niż te kilka sekund na wrzucenie monet. Poczują się w swoim życiu wysłuchani.

Bez względu na to, jak potrzebujący wygląda, czy jest alkoholikiem, narkomanem, brudnym, zaniedbanym człowiekiem, czy zwykłą osobą w potrzebie, nie oceniajmy życia tych ludzi, nie osądzajmy ich, nie uciszajmy, jak tłum w historii o Bartymeuszu. Ci ludzie potrzebujący pomocy wznieśli się na wyżyny swoich możliwości, żeby się tak uniżyć, będąc we własnym wstydzie, aby prosić innych o pomoc. Sytuacja, w której się znaleźli jest przecież dla nich wielkim cierpieniem i upokorzeniem. Wyciągają rękę o pomoc i pragną, aby inni dostrzegli w nich po prostu człowieka. Każdy z nas nie raz w swoim życiu wyciąga rękę o pomoc. Przecież każdy pragnie i szuka miłości, zrozumienia, akceptacji, szacunku…

ZT

„Nie wolno przechodzić obojętnie. Musimy zatrzymać się obok cierpiącego, bez względu na to, kim jest. To dar z nas samych” (Św. Jan Paweł II).

Otrzymałem drugie życie…

Wychowywany był w ciężkich warunkach, w domu, w którym na próżno szukać okazywania sobie miłości. Miało to wpływ na jego dalsze losy i życie. Jednak Bóg wyciągnął go z bagna, w którym się znalazł, czego efektem było nawrócenie oraz piesza pielgrzymka z Warszawy do Medjugorie. Przedstawiamy wywiad z Bartłomiejem Krakowiakiem, twórcą bloga: ,,Z buta do Maryi” oraz autora książki o tym samym tytule.

Bartku, jak wyglądało Twoje dzieciństwo?
Wychowywany byłem w rodzinie patologicznej, w której dominował alkohol, a także miała miejsce przemoc i popadanie w konflikt z prawem. Wychowywałem się więc, nie mając prawidłowych wzorców męskości. Dodatkowo od najmłodszych lat byłem psychicznie i fizycznie gnębiony przez ojca. Wmawiano mi, że nic nie osiągnę, że do niczego się nie nadaję i że jestem zerem. Miało to wpływ na moją postawę jako dziecka. Mając 8 lat, wstydziłem się samego siebie, tego, co mam w domu. Byłem poniżany w szkole, że nie mam markowych ubrań, że wyglądałem jak brudas, nie mając się w co ubrać. Gdy miałem 12 lat, mama odeszła od ojca. Jeszcze przed tą decyzją w domu dochodziło do patologicznych zdarzeń, np. rzucania butelkami po wódce. Przeprowadziliśmy się więc do babci.

Czy przeprowadzka coś zmieniła?
Niestety również tam nie otrzymałem miłości i akceptacji. W wieku 12-13 lat zacząłem kraść, ćpać, popadłem w złe towarzystwo. Teraz wiem, że to też byli pogubieni ludzie, jak ja kiedyś. Z powodu braku miłości przez cały okres dorastania, do 18 roku życia chciałem być złym człowiekiem. Byłem agresywny, a złość wyładowywałem na innych. Nie było takiego dnia, abym nie wylądował na komisariacie. Stał się on moim drugim domem. Pewnego razu, kiedy w wieku 14 lat upiłem się, mając ponad dwa promile alkoholu, spadłem z dachu. Lekarze dawali mi wówczas tylko dziesięć procent szans na przeżycie.

Ale na tym się nie skończyło…
Tak. Poszedłem złą drogą. Dostałem kuratora, który miał za zadanie wyprostować moje ścieżki. W wieku 15 lat trafiłem do poprawczaka, bo kuratorowi nie udało się zapanować nade mną. Uciekłem stamtąd, ukrywałem się na melinach. Spałem po piwnicach, na brudnych materacach. Dużo ćpałem i kradłem, a do domu nie mogłem wrócić, bo policja czekała na mnie pod domem. Po trzech miesiącach złapali mnie i ponownie trafiłem do poprawczaka, tylko do izolatki. W nocy wychowawca bił mnie pałą po nogach, aby mnie czegoś nauczyć, ale efekt był odwrotny od zamierzonego. Niczego to mnie nie nauczyło. A nawet, po roku, w krótkich spodenkach i skarpetkach uciekłem kolejny raz przed świętami Bożego Narodzenia. Gdy kolejny raz mnie złapali, trafiłem do ośrodka socjoterapii. Tam zacząłem dowiadywać się czegoś na swój temat. Wcześniej wiedziałem tylko, że jestem złym człowiekiem. Czułem zło. Po dwóch latach terapii postanowiłem zmienić swoje życie.

Postanowienie postanowieniem, ale czy udało się je zrealizować?
Na słowach się skończyło. Nie chciałem takiego towarzystwa jak kiedyś, takiego życia, jakie prowadziłem. Ale tak naprawdę oprócz tego, że chciałem się zmienić, to nic się nie zmieniło w moim życiu. Pozostali ci sami znajomi, rodzina była taka sama jak przedtem. Nie czułem się kochany, nie potrafiłem sam kochać. Teraz rozumiem, dlaczego młodzi ludzie, którzy czują się niekochani, uciekają w narkotyki, alkohol, seks. A żeby temu zaradzić, wystarczyłoby rodzicom mówić proste słowa: Kocham Cię. Dlatego też, jeżeli ktoś ma na przykład 15 lat i rzuci kamieniem w szybę, to nie mówię, że jest to chuligan, tylko brakuje mu miłości. Mój przykład jest najlepszym dowodem na potwierdzenie moich słów. Długo nie wytrzymałem i po niecałym miesiącu wróciłem na ulicę. Dodatkowo, przez każdego byłem skreślony – sąsiadów, rodzinę, nauczycieli. Mówili, że albo ja kogoś zabiję i trafię do więzienia, albo ktoś zabije mnie. Po jakimś czasie poznałem dziewczynę. Ja nie potrafiłem kochać, ona zresztą też. Oboje pochodziliśmy z podobnych rodzin. W wieku 18 lat dowiedziałem się, że zaszła w ciążę.

Jak zareagowałeś na tą sytuację?
Byłem młodym chłopakiem, nie potrafiłem być dobrym człowiekiem, a co dopiero ojcem. Mało tego. Nie wyobrażałem sobie życia jako ojciec. Za młody byłem. Dlatego, gdy dowiedziałem się o ciąży, chciałem, aby moja dziewczyna dokonała aborcji. Tłumaczyłem to tym, że nie byłbym w stanie wziąć odpowiedzialności za małego człowieka na swoje barki. Na całe szczęście moja mama, z którą poprawiła się moja relacja, skutecznie mnie od tego planu odwiodła.

Do tego miałeś zupełnie inny wzorzec męskości.
Tak, był nim facet, który woził kij bejsbolowy w aucie, każdego bił. Byłem wpatrzony w twardych facetów, sprzedających narkotyki. Facet musiał się dla mnie bić, a do tego powinien sypiać z kobietami i traktować je przedmiotowo.

Czy odkryłeś w sobie miłość ojcowską?
W czwartym miesiącu ciąży dowiedzieliśmy się, że syn ma wadę serca oraz wadę narządów wewnętrznych. Wiadomo było, że po jego narodzinach czekała na niego operacja przeszczepu serca. I wtedy po raz pierwszy poczułem miłość do człowieka. Stało się to podczas badań USG, kiedy zobaczyłem małego Igorka. Poczułem, że kocham go, choć jeszcze wcześniej chciałem, aby moja kobieta dokonała aborcji. Bardzo wzruszyłem się faktem tego, co przechodzi i wzbudziło to we mnie ojcowskie emocje.

Co zamierzałeś zrobić?
Postanowiłem, że zrobię wszystko, aby go uratować. Wówczas nie wierzyłem w Boga. Prześladowałem ludzi, którzy mówili o Nim. Wyzywałem ich, biłem, opluwałem. Na słowo ,,Jezus”, włączała mi się agresja. Byłem daleko od Boga. Dodatkowo byłem nauczony, że wszystko jest w moich rękach, że prawdziwy facet ze wszystkim poradzi sobie sam. Że człowiek jest kowalem swojego losu. Aby zarobić na leki dla mojego dziecka, rzuciłem szkołę i zacząłem pracę, aby tylko dziecku pomóc. Niestety, mimo moich starań, mój nienarodzony synek zmarł w szóstym miesiącu ciąży mojej partnerki.

To było dla Ciebie traumatyczne przeżycie...
Gdy moja kobieta poroniła, w szpitalu trzeba było wywołać ciążę. Wówczas zobaczyłem najbardziej dramatyczną sytuację w moim życiu – w szpitalu na podłodze zobaczyłem w kawałkach moje dziecko. Niosąc trumnę z ciałem podczas pogrzebu, pierwszy raz odezwałem się do Boga. Zacząłem Go wyzywać, krzyczeć na Niego, mówiąc, że Go nienawidzę. Nazywałem w tym czasie siebie niewierzącą osobą. Wszystko Jemu wyrzuciłem i obarczałem za to, co się stało. Nie chciałem wtedy takiego Boga, wyzywałem Go. Po śmierci i pogrzebie nie mogłem się ogarnąć. Niestety uciekłem wówczas w alkohol i narkotyki. Jednak Bóg się tym nie zraził i widząc moją ,,szczerą modlitwę”, zaczął działać w moim życiu. Były to cuda.

Co się wówczas wydarzyło?
Pewnego razu dostałem od mojej znajomej zaproszenie na rekolekcje. Nie wiedziałem, co to za słowo. Musiałem to sprawdzić w Internecie. Rekolekcje trwały cztery dni. Znajoma powiedziała mi, że będzie fajnie. Pomyślałem, że oprócz siedzenia z ziomkami pod blokiem, nie mam co robić. Zatem pojechałem. Gdy wszedłem do budynku, w którym ludzie wielbią Boga – a tych osób było kilkaset – mówiąc, że Jezus żyje, pomyślałem, że to jakaś sekta, a oni są niespełna rozumu. Zostałem tam tylko po tylko, żeby się z nich śmiać, a potem chłopakom na ulicy opowiadać to, co widziałem. Ale po paru godzinach pobytu w kościele, sam poczułem się jak jakiś ,,czub”, że nie chwalę Boga, nie śpiewam. Nie potrafiłem tego zrobić, choć na telebimie był wyświetlony tekst piosenki: „Jezus żyje, jest dobry”. We mnie na te słowa narastała złość, załączyła mi się agresja, którą miałem przez całe życie. Wtedy byłem egoistą i pysznym człowiekiem. Nie patrzyłem na to, ile osób zraniłem, czy skrzywdziłem, ale że mi się wszystko należy i jestem pokrzywdzony. Wyszedłem z tego budynku, bo nie mogłem znieść tego, co słyszę. Podszedł wówczas do mnie ksiądz. Możecie sobie wyobrazić, jakie wówczas miałem zdanie o księżach, wychowując się na ulicy. Jedyne, co poczułem to to, że chcę go pobić. Tymczasem on podszedł do mnie i zaczął mówić o sobie. To mnie zdziwiło, że nie oceniał mnie, tylko zaczął opowiadać historię swojego życia. Powiedział, że wychował się na ulicy, że żył w patologii. Jego historia pokrywała się z moją. Na koniec powiedział, że postanowił, iż jak się nawróci, to zostanie księdzem, żeby pomagać takim ludziom, jakim on sam był kiedyś. Bardzo do mnie trafił, został ewidentnie postawiony przez Boga. Namówił mnie na spowiedź.

Czy coś jeszcze zdarzyło się podczas rekolekcji?
Podczas rekolekcji była modlitwa uwielbienia i o uzdrowienie. Miały tam miejsce spoczynki w Duchu Świętym. Ksiądz nakładał ręce na ludzi, którzy upadali. Ja stałem w kolejce, pomyślałem: „co ja tu robię?”, ale ciekawość zwyciężyła. Gdy kapłan położył na mnie ręce, nie powiedział nawet słowa, a ja już leżałem na podłodze. Miałem wtedy pierwszy spoczynek w Duchu Świętym. Czułem wtedy, że ktoś wlewa we mnie miłość. Tym Kimś był Bóg. Gdy tylko wstałem z podłogi, poszedłem do księdza, pytając się, co to było. On mi powiedział, że przyszedł do mnie sam Bóg i wlał mi Swoją miłość. Zacząłem myśleć o tym. Wracając do domu, zacząłem wpisywać w Internecie słowo: spoczynek w Duchu Świętym. I za każdym razem wyskakiwało mi słowo: Jezus. Znałem to imię, ale nie znałem Jezusa. Gdy Go poznałem i zacząłem czytać Biblię, książki religijne, poznałem to, co zrobił, co będzie robił i zakochałem się w Nim. Tylko byłem tak pogubionym człowiekiem, że widząc Jezusa, widziałem faceta. Pomyślałem, że jeśli się zakochałem w mężczyźnie, to coś jest nie tak. Po jakimś czasie postanowiłem być takim jak On.

Czym zaimponował Ci Jezus?
Tym, że Jego męskość nie polegała na tym, że był agresywny, czy posługiwał się siłą fizyczną, przemocą. Był jedynym mężczyzną, który jest męski dzięki miłości i dobroci. Wcześniej było na odwrót. Zacząłem chodzić na pielgrzymki i rekolekcje. Któregoś razu ksiądz powiedział mi, że jestem jak Święty Paweł, który po nawróceniu zbliżył do Boga największą ilość apostołów. Chciałem robić to samo. Zacząłem chodzić do prostytutek, dilerów, złodziei. Do każdego, z kim miałem wcześniej do czynienia, mówiąc, że Bóg ich kocha.

Czy udało Ci się wytrwać przy Bogu?
Niestety po roku odwróciłem się od Boga na trzy lata. Przestało mi wystarczać Jego miłości, a zaczęło mi brakować miłości drugiego człowieka. Byłem pod tym względem bardzo niedowartościowany. Poznałem wówczas dziewczynę, myślałem, że ona mi da miłość. Mówiła, że jest wierząca, ale kiedy okazało się, że nie jest aż tak, to postanowiłem ją nawrócić. Tymczasem to ja przez nieczystą relację spadłem na totalne dno. Mimo tego, że na własne oczy widziałem mnóstwo cudów (na moich oczach ludzie wstawali z wózków inwalidzkich, odzyskiwali słuch czy wzrok), zaparłem się Boga. Czułem się jak Judasz. Że Go zdradziłem. Po trzech latach życia w patologii, wypisałem sobie w zeszycie wszystkie swoje grzechy i poszedłem do spowiedzi generalnej. Po niej poczułem, że jestem nowym człowiekiem, dostałem nowe życie. Mam nową, czystą kartę.

Czy szukałeś odpowiedzi, dlaczego odwróciłeś się od Boga?
Tak. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego po nawróceniu się i poznaniu Boga, upadłem. Z tego powodu wpadłem w depresję. Do tego miałem długi. Nie chciało mi się żyć, ale miałem pragnienie powrotu do Boga i postanowiłem, że będę walczył. Stałem się pracoholikiem, chcąc wyjść z długów, a żeby więcej pracować, zacząłem ćpać, aby mieć siły do pracy. Pamiętam dzień moich urodzin, 13 kwietnia, gdy wróciłem po pracy, siedziałem pod blokiem w samochodzie. Była piąta rano. Wpisałem w telefonie hasło: Jezus Chrystus i wyskoczyło mi Jego zdjęcie. Zacząłem do Niego mówić. Powiedziałem, że jestem sam jak palec, nie mam nikogo, nie dam rady, że czuję się jak śmieć i nie dam rady żyć. Nie chciałem żyć. Nie miałem żadnego znajomego. Opuściła mnie rodzina, najbliżsi i nie mogłem nikomu powiedzieć, co we mnie siedzi.

Wtedy postanowiłeś ze sobą skończyć...
Powiedziałem Bogu, że jeżeli jest to dzień moich urodzin, to będzie to także dzień mojej śmierci. Wyjąłem notatnik ze schowka i zacząłem pisać list. Gdy to zrobiłem, wziąłem go ze sobą i poszedłem do mieszkania. Zdążyłem tylko zamknąć drzwi i upadłem w przedpokoju na podłogę. Spałem od godziny piątej rano do dwudziestej. Prawdopodobnie z wycieńczenia. Praca non stop plus ćpanie – przyniosło efekt. Gdy wstałem, w moim pokoju było otwarte okno, a w mojej głowie tkwiła tylko jedna myśl: żeby skoczyć. Czułem, że coś mnie ciągnie do okna, że mam skoczyć. Wtedy zerknąłem na telefon i zobaczyłem powiadomienie. Okazało się, że dotyczy ono rapera Tau, który poprzez muzykę rap zbliża ludzi do Boga. Posłuchałem piosenki, wsłuchałem się w jej słowa i poczułem, że napisał ją dla mnie sam Chrystus. W tym utworze była odpowiedź na wszystkie słowa, które pisałem w liście do Niego. Piosenka mówiła o tym, że On jest obok mnie w całym syfie, który mnie otacza. Poczułem, że o mnie walczy i nie jestem Mu obojętny.

Zaczęła się walka?
Tak. O tym, w jakim stanie się wówczas znajdowałem, najlepiej świadczy fakt, że przez kolejne dwa miesiące byłem w depresji, rzuciłem pracę, nie pracowałem, nie miałem siły. W ciągu dnia leżałem pod kocem po kilka godzin na podłodze. Nie jadłem, nie myłem się. I miałem ciągle myśli w głowie, żeby odebrać sobie życie. Poszedłem do psychologa. Nie oczekiwałem pomocy, tylko wysłuchania. Kiedy psycholog mnie usłyszał, powiedział, że jeśli zostanę sam, to odbiorę sobie życie. Przepisał mi psychotropy i odesłał do domu. Gdy wróciłem do domu, położyłem się na łóżku i zacząłem płakać i krzyczeć: ,,Boże, zabierz to ode mnie. Ja już nie mam sił. Nie dam rady. Chciałem być Twoim apostołem, ale nie daję rady, jestem w syfie”. Wtedy stało się coś niewytłumaczalnego. Dostałem wiadomość od mojej mamy. Zaskakująca była treść samego SMS. Napisała, że nie poradzę sobie, jeżeli nie zawierzę wszystkiego Bogu. Miałem to zrobić, dodając słowa: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Ale jak można zawierzyć Bogu, ot tak, wszystkie swoje problemy, długi, depresję i samotność?

Co postanowiłeś zrobić?
Naszła mnie myśl, że muszę wyjechać i rzucić wszystko to, co mnie otacza. Odpaliłem sobie mapę i zacząłem się zastanawiać, gdzie mam wyjechać: nad morze czy w góry. Wtedy usłyszałem w mojej głowie jedno słowo: Medjugorie. O tym miejscu, w którym objawia się Maryja, słyszałem raz w życiu, kiedy się nawróciłem. Ale ja w takie rzeczy nie wierzyłem. Wtedy pomyślałem, że muszę tam iść z buta, bo Bóg poprzez tą pieszą podróż chce uzdrowić i uratować moje życie.

Niesamowite…
To jest nie do opisania, co było potem, jak poczułem, że muszę Mu zaufać. Wyrzuciłem wszystkie rzeczy z szafki. Tak mało miałem rzeczy, takim byłem biedakiem. Gdy chciałem spakować się, to zobaczyłem, że nie mam plecaka. Na moim biurku leżało ostatnie 100 zł, jakie miałem. Wtedy pojawił się w mojej głowie dylemat, czy mam te pieniądze wydać na plecak, czy mieć je na kilka dni na jedzenie. Ostatecznie kupiłem plecak. Kosztował 99,99 zł, a z groszem w portfelu wybrałem się w podróż, która miała trwać dwa miesiące.

Jak ta podróż wyglądała?
Miałem do przejścia 1300 km przez Słowację, Węgry, Chorwację oraz Bośnię i Hercegowinę. Dodatkowo nigdy nie byłem za granicą, nie znałem języka obcego, ale we mnie była jedna myśl, że Jezus uratuje moje życie poprzez tę podróż. Jest taka strona: „On-Włączeni” związana z muzyką Tau. Gdy wychodziłem z domu, dodałem tam wpis, że idę do Medjugorie i proszę o modlitwę. Ludzie poprosili mnie, żebym opisywał im każdy dzień. Gdy to zacząłem robić, po tygodniu dostałem m.in. taką wiadomość, że jakaś dziewczyna żyje od najmłodszych lat z Bogiem, że traktuje Jezusa jako swojego Przyjaciela, a gdy czyta to, co piszę, to zbliża się do Niego jeszcze bardziej. Wtedy poczułem natchnienie, że muszę zrobić bloga, gdzie będę pisał do ludzi, nie tylko wierzących, ale także takich jak ja, czyli do niewierzących w Boga. Utworzyłem stronę: ,,Z buta do Maryi” i zacząłem pisać. Na blogu coraz więcej osób to obserwowało. Ktoś postanowił, że zrobią dla mnie zbiórkę pieniędzy na to, żebym mógł kupić namiot. Idąc do Medjugorie, nie miałem namiotu, spałem po kościołach, rowach, pod mostami i pytałem się obcych ludzi, czy mnie przenocują. Przy okazji udało się zebrać dla mnie pieniądze, które również pomogły mi stanąć na nogi i zacząć wychodzić z długów. Szedłem dwa miesiące, a Bóg, nie dość, że uratował moje życie, to przemienił życie tysięcy ludzi, którzy mają ze mną kontakt na blogu. Zatem moja podróż była czymś niesamowitym, nie tylko dla mnie, ale także dla innych ludzi.

Jak wyglądał Twój pobyt w Medjugorie?
Na początku bardzo dziwnie, ponieważ przez 57 dni szedłem sam. A na miejscu, przyzwyczajony do samotności, znalazłem się wśród tysięcy osób. Poszedłem pod niebieski krzyż, przy którym objawia się Maryja. Myślałem, że skoro tyle czasu szedłem, a Maryja się objawia, to będą fajerwerki, a tymczasem ich nie było. To była próba dla mnie. Dopiero około godziny drugiej lub trzeciej w nocy usłyszałem w głowie, że mam raz jeszcze iść pod niebieski krzyż i zostać tam do rana. Siedziałem na kamieniach, bo ludzie czekali na objawienia. Ja doszedłem do Medjugorie pierwszego, a drugiego dnia miesiąca są objawiania. Nie modliłem się, tylko czekałem na Nią. Co prawda nie widziałem Maryi, ale czułem Jej obecność.

Co chciałbyś powiedzieć naszym Czytelnikom?
Myślę, że to, iż Bóg naprawdę nie potrzebuje wiele, żeby przez Ciebie działać. Bo skoro działał przez człowieka, który kiedyś okradał, bił i sprzedawał narkotyki, to przez Ciebie może góry przenosić. Gdy doszedłem do Medjugorie (szedłem w intencji wyjścia z długów i problemów finansowych), myślałem, że jak wrócę sobie do Warszawy, to wygram w totka. Tymczasem w zbiórce pieniędzy dla mnie ludzie uzbierali ponad 15000 zł. Gdy wróciłem do domu, życie zmieniło się całkowicie.
To, co teraz się dzieje, to jest cud. Obecnie jeżdżę do ludzi po ośrodkach, poprawczakach. Byłem w wiezieniach, szkołach, kościołach. Wszędzie mówię, jak Bóg uratował moje życie. A pomyśleć, że jeszcze niedawno leżałem pod brudnym prześcieradłem i czułem się jak śmieć. Obecnie jestem mężem i ojcem. Chociaż nie jestem doskonały i zdarza mi się upadać, to otworzyłem się na Boga, na Jego działanie i zrozumiałem, że On chce do nas przemawiać, uzdrawiać. Chcę być Jego apostołem i gdy teraz pomyślę o tym, ile On wycierpiał na krzyżu, to dlaczego ja nie mogę trochę pocierpieć? Z Nim zresztą wszystko jest możliwe. Skoro podniósł mnie z takiego syfu, to jest w stanie podnieść życie każdego człowieka. On kocha każdego z nas. Uwierz w to. Bóg to nie tylko figura, On żyje. Naprawdę zmartwychwstał i to nie jest bajka. Tylko On może Ci pomóc, naprawić Twoją relację w rodzinie, z ludźmi, jest w stanie przemienić Twoje serce. On naprawdę tego pragnie, pragnie uzdrowić Ciebie. Wystarczy tylko, że Mu zaufasz, otworzysz się i uwierzysz.

Ja kiedyś w to nie wierzyłem. Do czasu, aż przekonałem się o tym na własnej skórze, czego Ci z całego serca życzę.

Dziękujemy za rozmowę.

Cudowne źródełko u stóp Jasnej Góry

Kilkaset metrów od jednego z najbardziej znanych w Polsce miejsc kultu maryjnego – Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej na Jasnej Górze – stoi Kościół pod wezwaniem Świętej Barbary i Świętego Andrzeja Apostoła. Obok kościoła znajduje się źródełko, z którego woda uważana jest za cudowną, co potwierdzają świadectwa pielgrzymów.

Kradzież obrazu Jasnogórskiej Pani
To miejsce położone u stóp Jasnej Góry związane jest ściśle z wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej. Znane jest także jako Sanktuarium Zranionej Jasnogórskiej Ikony Matki Bożej. Według legendy, w 1430 roku na Jasną Górę napadli rabusie, kradnąc obraz Matki Bożej i próbując go wywieźć. Nie udało im się jednak daleko odjechać, gdyż konie ciągnące wóz stanęły i nie chciały ruszyć z miejsca. Rabusie uszkodzili obraz i porzucili go. W miejscu tym wytrysnęło źródełko. Gdy obraz odnaleźli paulini – zakonnicy będący opiekunami Jasnej Góry – był połamany i ubłocony. Obmyli go w źródełku i oddali do Krakowa, gdzie przeszedł renowację.

2 16

Niezwykłe właściwości wody ze źródełka
Woda ze źródełka uważana jest przez pielgrzymów za cudowną. Wielu z nich, modląc się gorliwie i używając tej wody z głęboką wiarą, doznało uzdrowień duchowych, jak również fizycznych. Początkowo dla upamiętnienia miejsca, w którym znaleziono obraz Matki Bożej, postawiono tam krzyż. Później nad źródełkiem wzniesiono kapliczkę, najpierw drewnianą, a w późniejszym okresie murowaną. Wewnątrz kapliczki znajduje się kopia obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, zaś w kopule możemy obejrzeć freski przedstawiające historię kradzieży i odnalezienia ikony.

4 14

Kościół Świętej Barbary
W XVII wieku w tym miejscu zbudowano Kościół pod wezwaniem Świętej Barbary i Świętego Andrzeja Apostoła, a także klasztor, w którym umieszczono nowicjat zakonny. Zbudowany w stylu renesansowym kościół, powstał z inicjatywy prowincjała o. Andrzeja Gołdonowskiego. Najbardziej charakterystycznym elementem budowli jest wieża stylizowana na basztę obronną. Stanowi ona nawiązanie do żywota Świętej Barbary – patronki tego miejsca.

IMG 20191122 132350

Zamknięta we wieży
Święta Barbara była córką bogatego poganina. Wyróżniała się wyjątkową urodą. Odrzucała jednak wszystkie propozycje zamążpójścia, gdyż bez wiedzy i woli ojca, przyjęła chrzest i złożyła ślub czystości. Kiedy ojciec się o tym dowiedział, próbował zmusić ją do odrzucenia wiary. Zamknął ją we wieży swojego zamku i głodził, chcąc zmusić ją do wyrzeczenia się wiary i do małżeństwa. W końcu ojciec wydał swoją córkę Rzymianom jako chrześcijankę. Był to czas krwawych prześladowań chrześcijan. Nie wyrzekła się swojej wiary, więc torturowano ją i skazano na śmierć. Została ścięta mieczem przez własnego ojca około 305 roku. Święta Barbara jest czczona jako patronka górników i dobrej śmierci.

5 13

Pielgrzymując na Jasną Górę, warto odwiedzić także miejsce, tak ściśle związane z historią obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, jakim jest Kościół pod wezwaniem Świętej Barbary i zaczerpnąć wody ze źródełka, modląc się z głęboką wiarą o potrzebne łaski.

KG

Kościół św. Barbary i św. Andrzeja Apostoła w Częstochowie
42-226 Częstochowa, ul. Świętej Barbary 51
http://www.mati.com.pl/sw_barbara/

Zobacz również