Śmierć.
Już samo to słowo wywołuje dyskomfort. Dla wielu kryje się za nim kres, koniec istnienia, czarna dziura braku świadomości. A jeśli tak nie jest? Jeśli to dopiero początek prawdziwej świadomości? Naukowców na całym świecie frapuje temat śmierci i tego, co następuje po niej. Już Marię Curie-Skłodowską wraz z mężem Piotrem interesowała tematyka życia po śmierci. Jak widzimy, powaga statusu podwójnej noblistki, nie wykluczała wiary w nieudowodnione – i takim pozostaje do dzisiaj. Z resztą, gdyby nie wiara w niemożliwe, nie mielibyśmy do dziś żadnych wynalazków, czy potwierdzonych praw, które ongiś nosiły status hipotez, mar, czy po prostu wiary.
Doświadczenia bliskiej śmierci zostają poddane badaniom już od lat 50-tych XX wieku. Naukowcy badają nie tylko doświadczenia osób, które przeżyły śmierć kliniczną, ale i towarzyszą często w samym procesie umierania – badają częstotliwość fal mózgowych, obserwują funkcje witalne na monitorach, obserwują samych pacjentów itp. Kluczowym, co mnie osobiście w tym wszystkim zastanawia jest to, że pomimo iż schematy doświadczeń się powtarzają, co w całej historii wystarczało, aby nazywać je nauką, to owe doświadczenia wciąż zaliczane są do metafizyki, parapsychologii, czy wręcz niebezpiecznego dla człowieka i jego duszy mediumizmu.
Nigdy nie widziałam spokojniejszych śmierci, procesu żegnania się z tym światem, niż te, gdy człowiek odchodził w pokoju ducha, po odpowiednim przygotowaniu, cokolwiek to dla kogokolwiek znaczyło. Jeśli człowiek odchodził pogodzony z życiem, wtedy odchodziło mu się łatwiej. Obecność – to dobre słowo. Każdej duszy potrzebna jest czyjaś obecność, nieodłączny towarzysz drogi, szczególnie w godzinie śmierci. Te obrazy nie umykają z pamięci personelu medycznego, choć świadomie zakopuje się je w świadomości, tak by te sceny nie obciążały psychiki. Choć i tak wywołują skutki – doświadczenia uczą. Uczą niezmiernie wiele. Wielu z nas próbuje się przed nimi chronić. Ludzie nie chcą między innymi brać udziału w procesie umierania. Zdarza się, że kiedy ktoś umiera, personel siada na zewnątrz i oczekuje poziomych linii w dyżurce na ekranie monitora. Niektórzy bliscy nie chcą być informowani, że ich bliski będzie odchodził, inni chcą być poinformowani dopiero po fakcie… Powiedziałabym raczej, że tylko nieliczni siadają przy łóżku, kiedy ktoś odchodzi. Trudno jest przecież patrzeć na walkę, jaka toczy się w człowieku zanim odejdzie, silniejsza od strachu przed nieuniknionym bywa jedynie miłość, która pozwala trwać przy łóżku umierającego. A walka trwa i to nierzadko godzinami, czy dniami. Trudno jest patrzeć na śmierć, skoro atmosfera wtedy często aż odczuwalnie gęstnieje. Niektórzy walczą wręcz fizycznie, machają rękoma póki mają siły, wykręcają twarz w grymasie, są przerażeni…
Kiedy towarzyszyłam swoim pacjentom w procesie odchodzenia z tego świata, często brałam krzesło i na tyle, na ile mogłam, towarzyszyłam w tej drodze. Na pewno modliłam się dużo w duchu i wielokrotnie byłam naocznym świadkiem przerywania tych walk zaraz po lub już podczas modlitwy. Podczas wołania pomocy nieba, wzywałam przede wszystkim Matkę Bożą. Prosiłam, by przyszła pomóc mi służyć tej osobie jak najlepiej. W końcu każdy jeden człowiek to Dziecko Boże, tylko nie każdy zna swoją genealogię na tyle, by móc/chcieć się do tego przejścia przygotować. A skoro to sam szatan oskarża nas na tyle skutecznie, byśmy zaczęli wątpić w Miłosierdzie Boże. Byśmy uwierzyli jego plugawym słowom, że nie czeka nas nic lepszego, jak podobne jemu stracenie na zawsze, wskutek naszych grzechów, które jego zdaniem, są niewybaczalne. Robi to nie tylko w godzinie śmierci. Robi to przecież całe życie, szepce do ucha kłamstwa i oskarżenia. Sprawia, że chowamy się mentalnie przed Panem Bogiem, zamiast najzwyczajniej pójść, stanąć w prawdzie, wyspowiadać się, zanurzyć swoje grzechy w Miłosierdziu Bożym, tak by nie miał już do nich dostępu. Spowiedź zrywa kajdany grzechu, ciężaru, jaki przecież w mniejszym lub większym stopniu każdy z nas nosi. Wyrywa argumenty szatanowi z ręki, bo raz zanurzone w bezkresie Miłosierdzia – zostają zapomniane, winy odpuszczone, a miłość rozlana w tym miejscu, ma siłę scalić porozrywane. Trzeba jedynie pozwolić Panu Bogu zrobić porządek w sercu, by naprawił to, co niegdyś sami sponiewieraliśmy.
Miłosierdzie – to tym otworzył nam Pan Jezus Bramy Niebios, kiedy zawisł na krzyżu. Kiedy niewinny winnym swą krwią zapłacił. Jakże trzeba kochać – jakże Bóg musi nas kochać, skoro umarł dla nas z bezinteresownej miłości, z wyboru, z poczucia swej misji zbawienia człowieka. Nie ma drugiego takiego Boga, który poświęciłby swoje życie, dla swoich wyznawców, tylko po to, by to oni byli beneficjentami tej ofiary. Nie ma na tym świecie altruizmu głębszego od Ofiary Chrystusa, Boga Trójjedynego. Nie bójmy się więc korzystać z tego daru, jaki złożył nam w ofierze z siebie sam Bóg, przed którym tak często próbujemy chować swoje życiem zorane oblicza.
Ludzie pogodzeni odejściem z tego świata odchodzą spokojnie. Widać też różnicę pomiędzy ateistą,a wierzącym. Dla tego pierwszego kończy się wszystko, ale dla tego drugiego dopiero zaczyna…Ci ostatni po Spowiedzi Świętej oraz namaszczeniu chorych umierają w spokoju duszy.
JS





















