Stać się Synem Marnotrawnym Boga

0
138

Zapraszamy do zapoznania się ze świadectwem Zbyszka.

Witajcie! Mam na imię Zbyszek i mam 35 lat. Mam czworo rodzeństwa.
Mój tata był organistą i zmarł, kiedy miałem 4 latka. Moja mama do dziś opiekuje się kościołem – jest kościelną. Wychowywany byłem w wierze. Sam tak bardzo pokochałem bliskość z Bogiem, że bardzo, ale to bardzo dużo się modliłem do Niego. Wczesna śmierć ojca, ciężar i trud, jaki spadł na mamę, by nas wychować, spowodował, że w domu zabrakło miłości rodzicielskiej. Mama, nie radząc sobie z tym wszystkim, bardzo często stosowała metodę bicia, by nad nami zapanować. To wszystko, jak i nierówne traktowanie, brak docenienia, spowodowały, że zacząłem szukać zrozumienia i akceptacji u kolegów. Odwróciłem się od Boga.

Zacząłem sięgać bardzo często po alkohol, do tego stopnia, że już w wieku 16 lat byłem alkoholikiem. Spałem pod drzewami, pod sklepem, za jakimiś budynkami, wracałem często do domu bardzo upity albo mnie zanoszono do domu. Do tego doszła duża agresja wobec innych ludzi. Próbowałem wyładować swoje problemy na innych. Dopuszczałem się więc rozbojów, krzywdząc innych ludzi fizycznie, jak i psychicznie, przez co mam dwa wyroki sądowe. Dochodziło nawet do bójek z użyciem sprzętu. Moja mama nie radziła sobie ze mną, więc wyrzucała mnie z domu. Wtedy, żeby przeżyć, musiałem też zacząć kraść. Choć i tak wszystko wydawałem na alkohol, rezygnując z jedzenia. Nienawidziłem matki. Nie raz myślałem, żeby ją zabić, ale miłość, jaką miałem do niej, blokowała mnie przed tym czynem.

Wyjechałem więc do Warszawy, traktując to jako ucieczkę. Tutaj doszły jeszcze narkotyki. Będąc uzależniony od alkoholu, uzależniłem się od narkotyków. Poza dożylnymi narkotykami, brałem prawie wszystko i bardzo często. Nerwica, depresja, agresja doprowadziły mnie do dwóch prób samobójczych. Pierwsza, jak miałem 17 lat i mieszkałem na wsi, na strychu, gdzie składowane były bele słomy. Znalazłem tylko jeden sznur, który się okazał zbyt słaby i zerwał mi się jeszcze w rękach. Druga w wieku 24 lat w Warszawie. Tu już miałem linkę. Zacisnąłem ją sobie na szyi i powoli czułem jak tracę oddech i zaczynam słabnąć. Aż w pewnym momencie poczułem, jakby ktoś złapał mnie za moją rękę, którą ściągnąłem linkę i usłyszałem wewnętrzny głos: „To nie jest jeszcze Twoja chwila!”. Oczywiście ta sytuacja nie przyczyniła się do poprawy mojego sposobu życia. Okaleczałem swoje ciało żyletkami, nie akceptując siebie i swojego wyglądu. I tak pewnego razu od częstego picia, mój organizm się sprzeciwił i z bardzo mocno podniesionym ciśnieniem trafiłem do szpitala. Tam też zrozumiałem, że Bóg mnie ostrzega, bym się opamiętał.

Od tamtej pory znowu zacząłem się modlić i wróciłem do kościoła. Jednak dalej narkotyki i alkohol były ważną częścią mojego życia. Kupiłem sobie moje pierwsze Pismo Święte, które zacząłem czytać. Tylko od razu sobie założyłem, że to, co w Nim jest napisane, jest prawdą. W międzyczasie rozpadł się mój związek, więc to też zbliżyło mnie do Boga. Nawet jednego razu wybrałem się na spotkanie: „Jezus na Stadionie”. I tam stało się coś niesamowitego. Tam poczułem obecność Boga. W momencie Jego przyzywania i uwielbiania, czułem, jak jest przy mnie. Poczułem się tam szczęśliwy, kochany, akceptowany. Pomimo, że od samego początku toczyłem ogromną walkę wewnętrzną, by tam być, to wraz z kolejną modlitwą po każdej konferencji, coraz bardziej chciałem zostać, aż wytrwałem do samego końca.

Wracając ze stadionu do centrum, a jest to około 4 km, skakałem wręcz z radości i pozdrawiałem mijanych na ulicy ludzi. Zacząłem więc odmawiać Nowennę Pompejańską do Maryi, bym został uwolniony od nałogów, przez co będę mógł się zbliżyć bardziej do Boga. Mój kolega w pracy zaczął dostrzegać moje zmiany w życiu wobec wiary, więc zaczął mnie namawiać do wstąpienia do wspólnoty katolickiej. Ale odpychało mnie jego namawianie, a zarazem ten zachwyt Bogiem. Pewnego razu zaprosił mnie na mszę o uzdrowienie duszy i ciała, którą organizowała jego wspólnota. Pomimo dużej walki wewnętrznej, postanowiłem tam pójść i zobaczyć, co on tak zachwala. Był wystawiony Najświętszy Sakrament. Uklęknąłem sobie w ławce i zacząłem rozmawiać z Bogiem. Nie spodziewałem się tego, co zaraz się stało. Nie mając nawet takiego zamiaru, nie planując nawet tego, Pan Bóg tak mocno otworzył moje serce, że wypowiedziałem słowa: „Panie Boże, ja już nie chcę takiego życia. Proszę, zmień je. Chcę pójść Twoją drogą. Zostań moim Panem!”. Łzy od razu popłynęły z moich oczu, a ciarki przechodziły przez całe moje ciało. Po wszystkim wyszedłem taki szczęśliwy z kościoła, jaki jeszcze nigdy nie byłem…

Wiedziałem już, że nie chcę utracić takiego stanu duchowego. Postanowiłem więc wstąpić do wspólnoty, jednak innej niż ta, do której należał mój kolega. Wstąpiłem do Wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym: „Strumień wody żywej”. Po pewnym czasie, zarówno ja sam, jak i moi znajomi, zaczęli dostrzegać zmiany we mnie. Moje życie odmieniło się o 180 stopni. Pan Bóg uwolnił mnie od przeklinania, z którym miałem ogromne problemy. Stałem się mniej nerwowy i wybuchowy. Zacząłem inaczej patrzeć na ludzi. Już nie z chęcią zabicia kogoś, lecz z miłością i szacunkiem. Zacząłem akceptować innych takimi, jakimi są i stawać się być wyrozumiałym wobec nich. Pan Bóg nauczył mnie przebaczać innym i przepraszać, kiedy kogoś zranię.

Uwolnił mnie od uzależnienia od pornografii, dzięki czemu staram się żyć w czystości. Moja relacja z mamą tak się zmieniła, że jeszcze nigdy tak dobra nie była. Ja ją bardzo mocno kocham i wiem, że ona też mnie kocha. Przebaczyliśmy sobie nawzajem krzywdy, jakie wyrządziliśmy jedno drugiemu. Nawet kiedy się dowiedziałem, że miałem być abortowanym dzieckiem, nie miałem problemu jej przebaczyć, a wręcz, zachwyciłem się jej postawą, że jednak nie dokonała aborcji. I co najważniejsze, Pan Bóg uwolnił mnie od nałogów: alkoholowego i narkotykowego. I pomimo, że czasami zdarzy mi się napić, to nie wpadam już w tzw. cugi, trwające kilka dni. Ale staram się unikać alkoholu, żeby mnie nie odciągał od Boga i nie pociągał do innych grzechów.

Dzięki wspólnocie zacząłem wzrastać też duchowo. Wyjeżdżając na rekolekcje, pogłębiam swoją relację z Bogiem. Uwielbiam rozmawiać z Bogiem i każdy temat z Nim poruszam. Lubię spędzać z Nim czas, przez co moja codzienna modlitwa trwa prawię godzinę. Do tego uczestniczę w codziennej Eucharystii. Pan Bóg wysłuchuje moich modlitw i próśb. Mam świetną pracę, dzięki czemu powychodziłem z długów. Jestem szczęśliwym człowiekiem, który akceptuje swoje ciało i już nawet przez myśl mi nie przechodzi, bym mógł odebrać sobie życie. Bóg uczy mnie ciągle miłości, do tego stopnia, że nawet ludziom, którzy mnie skrzywdzą w głębi serca błogosławię i proszę Boga o przebaczenie danej osobie i by mnie nauczył całym sercem przebaczać.

Stałem się Synem Marnotrawnym Boga. Bo tak, jak ten syn z Biblii, też opuściłem swojego Ojca. Upadłem tak nisko, że leżałem w życiowym chlewie, żywiąc się jak świnia. A On cierpliwie czekał na mnie. I wychodził i patrzył, czy wracam do Niego. Aż musiałem sięgnąć największego dna, by wrócić do Niego. A On mnie nie potępił. Tylko wyprawił ucztę, zmieniając moje życie.

ZT
„Bóg nigdy nie rezygnuje ze swoich dzieci, nawet takich, które stoją do Niego plecami” (Kardynał Stefan Wyszyński).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here