Zapraszamy na rozmowę z Markiem Łagodzińskim, Prezesem Honorowym i współzałożycielem Fundacji Sławek.

ZiarnoNadziei: Jesteś przykładem tego, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.
Marek Łobodziński: Tak, moje życie stanowi tego najlepszy dowód.

ZN: Marku, borykałeś się kiedyś z nałogiem alkoholowym. Jak to się zaczęło?
MŁ: Wychowałem się w Warszawie na Mariensztacie na Powiślu. Po wojnie bawiliśmy się na powojennych gruzach, a tam znajdowaliśmy niebezpieczne rzeczy. Były to naboje, miny, pistolety. W piłkę graliśmy, jak plac był wolny. Wino zaczęło się, jak byłem młodzieńcem.

ZN: Jak wyglądało Twoje dzieciństwo?
MŁ: Mieszkałem zaraz obok górki, na której ludzie latem spacerowali, a zimą zjeżdżali na sankach. Wówczas była duża rywalizacja pomiędzy Powiślem a Pragą. Jak dorosłem, skończyłem technikum i zacząłem pracę. W wolnych chwilach bardzo dużo jeździłem na rowerze i pływałem. Wtedy alkohol przeszkadzał mi, to nie piłem. Nie umiałem pić trochę, to w ogóle nie piłem.

ZN: Z czego to wynikało?
MŁ: Ja mam charakter zero-jedynkowy. Przez długi czas nie piłem, nawet jak poznałem małżonkę, to byłem abstynentem. Dodam, że nawet na własnym ślubie nie napiłem się. Później urodziło się pierwsze dziecko, które niestety zmarło. Wówczas najpierw zapaliłem, a potem napiłem się jeden koniaczek.

ZN: Rozumiem, że to mógł być punkt zwrotny?
MŁ: Na pewno ciężkie przeżycie. Później zacząłem wyjeżdżać za granicę do Szwecji. Tam pracowałem. Zaczęło mi się lepiej powodzić. W Polsce wraz ze Szwedami założyłem przedsiębiorstwo zagraniczne. Dodatkowo urodziły mi się dzieci. Nie byłem do tego przyzwyczajony, zatem piłem, bo to mnie przytłoczyło. Gdy Szwedzi przyjeżdżali do Polski, to kazali mi kupować karton whisky, przy której pracowaliśmy. Nie muszę dodawać, że sporo wówczas piliśmy.

ZN: Jak na to reagowała Twoja żona?
MŁ: Mojej żonie i dzieciom to przeszkadzało, a ja dziwiłem się, czemu oni stawiają się i mają do mnie uwagi. Przecież mieli w domu wszystko, a ja piłem lepsze trunki, paliłem lepsze papierosy. Wszystko pochodziło z Baltony. Dodatkowo zapewniałem rodzinie byt lepszy od bytu przeciętnej rodziny. Mieliśmy najlepsze rzeczy, córka miała lalkę Barbie. Później, jak dzieci chodziły do szkoły, córka przychodziła do domu z koleżankami. Gdy widziała mnie wówczas leżącego na kanapie z whisky, to zamykała drzwi. Także żona z tej okazji marudziła.

ZN: Co wówczas pomyślałeś?
MŁ: Że ma coś z głową. Przecież ja nie upijałem się, tylko drinkowałem. Ja alkoholik? Przecież prowadzę biznes. Później było wiele sytuacji, podczas których przysięgałem żonie, że nie będę pił. Niestety robiłem to dalej…

ZN: Czy zrobiłeś coś, aby skończyć z alkoholem?
MŁ: Był rok 1986, gdy poszedłem do Klubu Abstynenta, znajdującego się w Wilanowie na ulicy Goplańskiej 44. Zrobiłem to, aby żonie udowodnić, że myli się i nie mam problemu z alkoholem. Podczas spotkania z psychologiem powiedziałem, jak i co piję. Diagnoza była krótka: ,,Ma Pan problem z alkoholem”. Nie wziąłem jednak tego do siebie, ponieważ myślałem, że żona przygotowała psychologa, żeby ze mną w ten sposób rozmawiał. Poszedłem więc do innych alkoholików. Zacząłem się im przyglądać i rozmawiać przy kawce, ciasteczku. Dostrzec można było, że ładnie wyglądają, są zadbani. A mieli swoją historię. Jeden był w więzieniu, drugi rozwiódł się, trzeci był w wariatkowie. Wtedy jeszcze myślałem: ,,Marek, Ty nie musisz tutaj chodzić, nie jesteś alkoholikiem. Przecież kontrolujesz swoje życie”. Niestety tak nie było…

ZN: Wtedy straciłeś pracę…
MŁ: Tak. Załamałem się i pomyślałem, że ze trzy miesiące mogę sobie popić i będzie dobrze. Z trzech miesięcy zrobiło się pół roku. Cały czas myślałem, że to ja rozdaję karty i jeżeli sam sobie drinkuję szklaneczkę whisky dziennie, to nie jest to nałóg. Tak mi zalecili Marek, terapeuta i Adam, wychowawca. Pomyślałem, że nie będę się od tego upijał. Niestety, wytrzymałem tak tylko jakiś czas. Ta sytuacja zaczęła mnie męczyć. Tylko szklaneczka whisky? Nosiło mnie, że tylko tyle. Wypiłem jedną i nalałem sobie do szklanki drugą. Chciałem sobie w ten sposób udowodnić, że nie jestem alkoholikiem. Wylałem więc alkohol ze szklanki. Ale ponieważ miałem spory zapas w barku, to uległem i wypiłem następną i następną.

ZN: Czy coś przez to zrozumiałeś?
MŁ: Ta sytuacja dobitnie pokazała i udowodniła, że nie jest tak, jak chciałem, żeby było. Żebym to ja decydował, kiedy skończę pić. Do tego w klubie powiedziałem, że mam gdzieś picie kontrolowane.

ZN: O swoim nałogu miałeś przekonać się również podczas rejsu…
MŁ: Tak, wybrałem się z żoną w rejs po Morzu Adriatyckim. Na statku był koszmar. Ponieważ na brak pieniędzy wówczas nie mogłem narzekać, a na statku był bufet, w którym znajdowało się moje ulubione whisky, to ciężko mi było. Oczywiście ulegałem i piłem.

ZN: Wówczas zdarzyło się coś niesamowitego w Twoim życiu.
MŁ: Tak, będąc w Rzymie, miałem audiencję u papieża Jana Pawła II. Chciałem Mu tyle powiedzieć, a język stanął mi w gardle. Papież podszedł, wziął mnie za rękę, spojrzał mi prosto w oczy, uśmiechając się przy tym. Teraz mam takie wewnętrzne przekonanie, że to właśnie wówczas spłynął na mnie Duch Święty. Od tamtej pory przeszła mi ochota do picia. Byłem bogaty, tam na rejsie w drodze powrotnej także był alkohol, dancingi. Ale nic nie sprawiło, że chciałem się napić. Dzisiaj z perspektywy czasu wiem, że papież o wszystkim wiedział. I co miałem otrzymać, otrzymałem. Gdy już cztery lata nie piłem, poszedłem na mityng. Był rok 1992, gdy poszedłem na nauki neokatechumenalne. Zresztą do dnia dzisiejszego w nich uczestniczę. Wstąpiłem tam z żoną i córką. Podczas spotkania czytane było Pismo Święte. Zapadły mi w pamięć słowa Jezusa: ,,Byłem głodny, a mnie nakarmiliście….”. Pomyślałem wówczas o tym, ile razy zapraszano mnie do więzienia, ale nie chodziłem do więźniów.

ZN: Z czego taka postawa wynikała?
MŁ: Z mojej pychy. Przecież nie siedziałem w więzieniu, to po co miałem tam iść? Tak sobie myślałem. Choć nawet moi koledzy z Powiśla siedzieli w zakładach zamkniętych, to jakoś mnie tam nie ciągnęło.

ZN: Wydaje się, że Bóg miał inny plan na Twoje życie…
MŁ: Trafiłem na mityng AA w więzieniu na Rakowieckiej. Tam poznałem problemy więźniów. Jeden z nich powiedział mi, że jest cały przerażony, ponieważ za tydzień wychodzi i tyle razy już opuszczał więzienne mury, a nie ma pracy, rodzina nie chce z nim rozmawiać.

ZN: To był niewątpliwie impuls, poczułeś chęć pomocy…
MŁ: Tak, tym bardziej, że miałem ku temu możliwości. Prowadziłem wówczas warsztat samochodowy. Przygotowałem tam pokoik, aby można było się u mnie zatrzymać. Chłopaki, którzy wychodzili z zakładów, mogli się u mnie zatrzymywać. Robiliśmy wówczas układy wydechowe i tłumiki. W zasadzie wszystko od a do z.

ZN: Jak na to zareagowała Twoja rodzina?
MŁ: Włączyła się w to moja żona, zaś dzieci wzrastały w atmosferze pomocy tym ludziom. Zresztą, to żona w roku 1998 zaproponowała mi, żebyśmy założyli fundację. Początkowo byłem do tej propozycji nastawiony sceptycznie, tym bardziej, że w życiu tego nie robiliśmy. Później jednak złożyłem wniosek o wpisanie do rejestru fundacji. Chciałem jednak, aby posiadała ona zgodę na prowadzenie działalności gospodarczej. Wtedy kojarzyło się to z pralnią pieniędzy. Dlatego nie mogłem jej zarejestrować. W końcu poszedłem i spytałem się, dlaczego tak długo trwa zarejestrowanie. Sędzia, która rozpatrywała mój wniosek, spytała się, po co mi działalność? Odpowiedziałem, że jak jej nie będę miał, to wszystkie osoby pójdą kraść i wrócą do więzienia. Za tydzień miałem wpis. Nazwa fundacji pochodzi od imienia pierwszej osoby, która była u mnie w zakładzie. Sławek nauczył się zawodu w warsztacie. Tak zaczęła się działalność Fundacji, nazywamy ją Anioł Stróż.

ZN: Jak zazwyczaj wyglądają spotkania z więźniami?
MŁ: To są rozmowy indywidualne. Teraz jest to niemożliwe ze względu na koronawirusa. Obecnie prowadzimy telefoniczne rozmowy. Chodziłem do cel, przeprowadzałem różne rozmowy, także z osobami skazanymi na dożywocie. Z mężczyznami i kobietami. Dla nich ważne jest to, że ktoś przychodzi i poświęca im swój czas, że nie gardzi nimi. Spotkaliśmy się z Moniką skazaną na dożywocie, która miała marzenie, aby zjeść zupę, którą przygotował jej tata. Udało się przygotować taki obiad, dzięki życzliwości dyrektora więzienia. Czasami także rodzice chcą szczerze porozmawiać. Sam fakt, że ktoś jest skazany na dożywocie sprawia, że całe społeczeństwo traktuje go jak najgorszego śmiecia… A to są ludzie, którzy żyją, kochają, pragną i mogą się zmieniać także w wiezieniu. Chodzi o życie wieczne, o ich dusze. Nie wiem, dlaczego ludzie nie dają szans takim osobom, żeby zaakceptować, że mogą się zmienić. Mam dowód na to, że wiele osób może się zmienić. Są przecież osoby, które dopiero w więzieniu odnalazły Boga, zaczęły się modlić. Powiem więcej, to jest niekiedy nawet miejsce nawrócenia, pustelnia dla wielu osób.

ZN: Pomogłeś naszemu znajomemu, byłemu gangsterowi Pawłowi Cwynarowi. Jak wyglądało Wasze spotkanie?
MŁ: Paweł jest jedną z tych osób, która skorzystała z tej szansy zmiany. W wiezieniu nawrócił się, spotkał Boga. Wyszedł jako inny człowiek. Miał inne priorytety. Tam zobaczył, że szedł w złą stronę. Pisze obecnie książki, jeździliśmy do różnych więzień na dawanie świadectwa. Paweł ma nietuzinkową historię, był ,,bandziorem” z krwi i kości, a jest rekolekcjonistą. Jest przykładem dla innym. Ma znakomity odbiór na spotkaniach, do tego książki, które pisze, są bardzo ciekawe. Jest przykładem na to, że to, co mówi, to nie jest bajer.

ZN: Co mógłbyś doradzić osobom znajdującym się w zakładach karnych, które po odbyciu kary pragną zmienić swoje życie?
MŁ: Aby były sobą, oczywiście. Najlepiej jest, jeżeli oddadzą się Jezusowi. Jeżeli Bóg prowadzi, to zawsze wyprowadzi dobro. Jezus Chrystus wstał z grobu, zwyciężył śmierć. Tym samym pokazał Dobremu Łotrowi, że nawet przed śmiercią można się nawrócić i być w raju. Jeżeli osoby wychodzące na wolność, zaproszą Jezusa, to wszystko w ich życiu zacznie się układać.

ZN: Jak wygląda obecnie działalność Fundacji?
MŁ: W tej chwili pomagamy większej liczbie osób. Ludziom wykluczonym. Mamy własnych psychologów, prawników, doradcę zawodowego. Prowadzimy także mediacje. To, co mogę powiedzieć wszystkim osobom borykającym się z problemem alkoholowym, to to, że łatwo można stracić rodzinę. Mnie w życiu jedno się nie udało. Nie udało się, na szczęście, przepić rodziny. Udało mi się, mimo koszmarnego doświadczenia, jakim jest alkoholizm, zachować rodzinę. Jestem z tego zadowolony. Pan Bóg okazał się łaskawy. Dziwi mnie, jak można wierzyć w to, że Bóg nie istnieje, skoro moje życie wyglądało tak jak wyglądało i tak bardzo zmieniło się… Tam, gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko inne jest na swoim miejscu.

ZN: Wracając do sytuacji związanej z pozbawieniem wolności. Obecnie mamy pandemię koronawirusa. Można powiedzieć, że jest to trochę ograniczenie naszej wolności.
MŁ: Myślę, że to doświadczenie w pewnym stopniu, choć nie do końca odwzorowuje to, czym jest pozbawienie wolności. Oczywiście, jestem za tym, że kara powinna być adekwatna do popełnionego czynu. Ale nie powinna być odwetem. Powinna stanowić szansę dla ludzi, na zmianę w ich życiu. Dlatego staram się dużo pracować z tymi ludźmi, chodzić na spotkania indywidualne.

ZN: Fundacja Sławek bierze udział w wielu ciekawych przedsięwzięciach.
MŁ: Tak, robimy wiele. Dużo pomagamy, ostatnio nagrywaliśmy bajki dzieciom, których jeden z rodziców jest w więzieniu. Rodzic ten czytał bajkę, my to nagrywaliśmy i wysyłaliśmy dzieciom.

ZN: Ale to nie jedyna inicjatywa, której się podejmujecie…
MŁ: W 2000 roku poszedłem na dwie pielgrzymki: z Suwałk do Wilna oraz z Warszawy do Częstochowy. Ta druga była dla niepełnosprawnych. Pierwsza zaś zbiegła się z myślą zabrania na nią także więźniów. O tym samym myślał ks. Sikorski. Na pierwszą pielgrzymkę zabraliśmy pięciu więźniów i poszliśmy.

ZN: Podejrzewam, że nikt nie wiedział, kto uczestniczy w pielgrzymce…
MŁ: Tak, tylko my wiedzieliśmy. Więźniowie spisali się rewelacyjnie. Ale były też zabawne historie. Gdy byliśmy w Radomsku, to biskup powiedział, żeby wyszli więźniowie, to ich pobłogosławi. Ponieważ Msza Święta była transmitowana także przez radio, to ludzie szybko dowiedzieli się o obecności więźniów i dzwonili, że okradną pielgrzymów. Nic takiego jednak nie stało się.

ZN: Taka pielgrzymka odbywa się teraz corocznie?
MŁ: W tym roku może z oczywistych przyczyn być różnie, ale w ubiegłym roku odbyła się po raz dwudziesty. Bóg zresztą tym pięknie kieruje. W 1998 roku dostaliśmy do remontu dom w gminie Cegłów. Do dzisiaj w nim pomagamy. To w nim żona wymyśliła Misterium Męki Pańskiej. Co roku tam się odbywa. Jeden z podopiecznych, śp. już Mundek, odgrywał rolę Chrystusa. Zawsze śmialiśmy się, że Chrystus umarł na krzyżu raz, a Mundek umiera co roku.

ZN: Obserwując Marku Twoje życie i to, czym zajmujesz się w Fundacji, można stwierdzić, że Bóg istnieje i jest żywy w Twoim życiu.
MŁ: Też tak uważam. Moje osobiste doświadczenia z Bogiem czy Matką Bożą to nie tylko wiara, ale także dostrzeżenie niewidzialnej ręki Bożej w relacjach w mojej rodzinie. Kto, jak nie tylko Bóg mógłby mnie przemienić? Przemienić moją relację z rodziną? Zamiast zniszczyć moje małżeństwo i rodzinę, Bóg przemienił moje serce. I mało tego, powołał Fundację, aby pomagać innym osobom znajdującym się w trudnym położeniu. Bo podkreślę – dla Boga nie ma nic niemożliwego. Gdy tylko człowiek zechce zmienić swoje życie, Bóg realnie pomaga.

ZN: Teraz jesteś w Fundacji Prezesem Honorowym. Oddałeś tym samym ster młodszemu pokoleniu.
MŁ: Mając 72 lata, sprawy Fundacji nie są mi obce. Jestem tak, jak powiedziałeś, Prezesem Honorowym Fundacji, którą prowadzi mój syn. Zresztą nie wyobrażam sobie odizolowania się od Fundacji. Skoro Bóg uczynił cud w moim życiu, nie pozwolił na zniszczenie przez alkohol rodziny, to zaangażował mnie w czynienie dobra. Obecnie nasza Fundacja poszerzyła zakres swoich działań. Można, wykorzystując nasze duże pomieszczenia, urządzać konferencje. Na jednej z sal napisane jest nasze hasło: ,,Czyń dobro”. Obecnie rozprowadzamy także maseczki.

ZN: Jak zachęciłbyś pracodawców do dania szansy zatrudnienia byłych więźniów?
MŁ: W ostatnim czasie robiliśmy bardzo dużo szkoleń dla więźniów i pracodawców. Mamy całą bazę przedsiębiorców, z którymi współpracujemy. Oni wierzą, że potencjalni pracownicy, którzy od nas wyjdą, naprawdę chcą zmienić swoje życie i nie kradną, czy nie piją. Mają do nich zaufanie. Dlaczego także warto dawać szansę? Codziennie podczas pacierza wymawiamy sekwencję: ,,…i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom…”. Zatem sami nie oczekujmy tylko miłosierdzia, ale sami je czyńmy.

ZN: Jaki masz Marku przekaz dla więźniów?
MŁ: Podczas odbywania kary każdy powinien się zastanowić, jak chciałby się na wolności odnaleźć. My w tym możemy pomóc. Uczciwie zarobione pieniądze cieszą i dają o wiele więcej radości niż zarobione nieuczciwie. Na krzywdzie ludzkiej nie da się budować swojego życia i szczęścia. Zachęcam do trzeźwego, uczciwego życia i proszenia Matki Bożej, która u Swojego Syna zawsze wyprosi dla nas łaski. Ale nie może być tak, że mamy mieć swój plan, a Bóg jedynie postawi na nim pieczątkę. Ja obecnie codziennie rano pytam się Boga: ,,Panie Jezu, daj mi dar rozeznania, co mam czynić, żeby było wszystko dla Twojej chwały, nie mojej”. Nawet trudności wtedy łatwiej przejść. Przykład? Po co mi był ten alkoholizm? Po to, abym mógł dzisiaj Monice czy Maćkowi, skazanym na dożywocie, pomóc. Być otwartym na drugiego człowieka i jego potrzeby. Większą radość mamy, gdy komuś pomagamy, niż otrzymujemy. Nie można też mieć postawy roszczeniowej, że jeśli nie będę pił, nie będę kradł, to mi się należy. Jak Jezus śmierć zwyciężył, to w Bogu wszystko jest możliwe. Jeżeli naprawdę chcecie zmienić swoje dotychczasowe życie, to zapraszamy Was do naszej Fundacji.
Postaramy się pomóc Tobie, abyś stanął na nogi. Ale pamiętaj! Musisz uwierzyć i zawierzyć swój los Bogu i w sercu tego chcieć.

Dziękujemy za rozmowę.
RED

149686469 20180925 162916 1738856 1

FUNDACJA SŁAWEK
BIURO
ul. gen. Władysława Andersa 13
00– 159 Warszawa
tel (fax). 22 258 19 97
e-mail: biuro@fundacjaslawek.org

DOM W PÓŁ DROGI –
Ośrodek reintegracji społeczno-zawodowej w Mieni.

Mienia 137
05 – 319 Cegłów
Mińsk Mazowiecki
tel. 25 757 01 50
e-mail: mienia@fundacjaslawek.org

Opiekun ośrodka:
pani Krystyna Żołynia
kom. +48 501 679 867,
tel. +48 25 757 01 50

Jak dojechać do Mieni z Warszawy: Ruszamy z Dworca Wschodniego: peron 7, kierunek Siedlce. Mienia to 3 stacja za Mińskiem Mazowieckim. Adres w Mieni: Mienia 137, 05-319 Cegłów.

Infolinia (Poradnictwa udzielamy bezpłatnie!) :
✅ Ryzykowne picie? ✅ Problemy w rodzinie?

☎️ INFOLINIA: 510 249 514

⏩ UWAGA! Poradnictwa udzielamy: w pon. w godz. 11.00- 14.00 , środy 16.00- 20.00 , piątki 15.00-17.00

☎️ lub Połącz się poprzez Skype: https://join.skype.com/invite/oBgD4b4DhZJ1

Login Skype Fundacji Sławek: live:.cid.49c16637a3d6bcc9

☎️ lub Zadzwoń pod numer skype: 222 085 021

fundacjaslawek.org

O Fundacji:
Swój początek organizacja miała w 1992 roku, gdy założyciel fundacji zetknął się z grupą więźniów w trakcie mityngu AA w więzieniu na Rakowieckiej. Zaczął pomagać wychodzącym na wolność osobom – zatrudniał byłych więźniów w swoim warsztacie samochodowym. Zobaczył, że potrafią solidnie i ciężko pracować, chcą żyć uczciwie, chcą zdobywać zawód, doświadczenie i zakładać rodziny.
Pierwszym podopiecznym Fundacji był pan Sławek, od którego imienia nadano nazwę Fundacji. Dzięki pracy Fundacji, Sławek zdobył zawód, założył rodzinę i żyje uczciwie.
Fundacja lobbuje na rzecz utworzenia Polskiego Systemu Pomocy Postpenitencjarnej, który poprzez międzysektorową współpracę pozwoli na skuteczniejsze prowadzenie działań pomocowych. Za cel stawia sobie to, by osoby wracające do społeczeństwa miały szansę na normalne, uczciwe życie, jednocześnie by każdy z nas czuł się bezpiecznie w społeczeństwie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here