Jest przykładem osoby, której udało się wyjść z sytuacji niemożliwej. Dzięki Bożej łasce. Teraz o Niej mówi. Zapraszamy na wywiad z Andrzejem Sową, znanym jako Kogut, autorem książki pt.: „Ocalony”.

Jesteś przykładem osoby, która wyszła z ciężkiego nałogu narkotykowego. Jak wyglądało Twoje życiu w uzależnieniu?
Strasznie. Początki są fajne. Obecnie, będąc już bardziej dojrzałym i widząc swoje postępowanie, patrzę na nie z perspektywy grzechu. Zacząłem zażywać marihuanę. Był moment, że sumienie mi się odezwało. Pomyślałem, że niby jestem katolikiem, a robię takie rzeczy. Przestałem chodzić do spowiedzi. Na własną zgubę. Każdy mnie upominał, mówiąc: ,,Nie pal, nie pij”. Ale dookoła siebie widziałem, że wszyscy tak robili. Podobnie było z pornografią. Usprawiedliwiałem swoje zachowanie. Przestałem chodzić do kościoła. Było to w drugiej klasie szkoły średniej. Diabeł wmówił mi, że wszystko to ściema, opium dla mas. Wszedłem w subkulturę, stając się punkiem. Posiadałem największą plantację marihuany. Podlewał mi ją tata, myśląc, że to na lekcję biologii… Zaczęły się w moim życiu imprezy, koncerty i panienki. Miałem 30-centymetrowego irokeza – stąd ksywa Kogut. Dyrektor, kiedy mnie zobaczył, wyrzucił mnie ze szkoły. Wszystko się posypało. Gdy miałem osiemnaście lat, miałem w domu przepychanki z matką i ojciec wyrzucił mnie z domu. Wyjechałem do Legnicy. Zamieszkałem u przyjaciela i tam hodowaliśmy zioła. Utworzyłem zespół punkowy, prowadziłem luźne życie, wykonywałem dorywcze prace. Mój organizm przyjmował dziennie mnóstwo skrętów, zioła i piwa. Skąd miałem na to pieniądze? Miałem zioła, a to była moneta przetargowa.

Kiedy miałeś pierwsze eksperymenty z narkotykami?
Miałem wówczas 18-19 lat. Po raz pierwszy skosztowałem heroinę. Po niej miałem dwa dni wycięte z życiorysu. Cztery lata później okazało się, że jestem w ciągu i nie jestem w stanie odstawić narkotyków. Zaczęły się dziwne akcje, bieganie po polach, ścinanie maku, gotowanie heroiny. Ćpałem 3-4 razy dziennie, a każda dawka wynosiła 5 ml. Tymczasem 1 ml zabiłby przeciętnego Kowalskiego. Kiedy próbowałem zbijać działki, czy iść na detoks, miałem objawy odstawienne. Coś majaczyłem i byłem odwodniony. Do tego „Misiek”, u którego mieszkałem i hodowałem zioło, popełnił samobójstwo. Nie mogłem już sprzedawać. Pojawiły się długi. W 1990 roku podczas festiwalu w Jarocinie zdobyłem wraz z zespołem nagrodę publiczności, a już trzy tygodnie później znalazłem się na ławie oskarżonych za narkotyki. Groziła mi kara za wiele paragrafów. Zerwałem kontakty z rodzicami, ze znajomymi. W 1992 roku mój zespół rozleciał się. Było coraz gorzej. Zamelinowany mieszkałem na ,,metach”. W nocy produkowałem heroinę, rano dawałem sobie w kanał i tak non stop. Pojawiły się zwapnienia żył, ich zanikanie czy zrosty. Przez rok byłem bezdomnym, mieszkałem po klatkach schodowych, metach, na pustostanie. Kiedyś, mając 182 cm wzrostu, ważyłem 89 kg. Po roku bezdomności, w glanach, spodniach i t-shircie ważyłem zaledwie 49,6 kg. Byłem wrakiem człowieka. Zacząłem mieć rany, ropowice. Zrobiła mi się rana na kostce. Zrobiła się martwica, zdrapałem ranę i zdezynfekowałem ją. Jak zabandażowałem nogę, bandaż się do niej przylepił. Próba rwania bandaża spowodowała, że została mi dziura w nodze. To najlepiej świadczy o tym, w jakim byłem stanie. Pewnego razu rano, gdy obudziłem się, szczur jadł moją kość.

Aż trudno to sobie wyobrazić…
Pomyślałem, że mam zaledwie 26 lat, a już jestem trupem, umrę w tym pustostanie i dopiero za jakiś czas odkryją moje zwłoki. Nie miałem żadnych dokumentów, byłbym pochowany anonimowo. Mogłem grać i utrzymywać się z muzyki, którą kochałem. A tak, spadłem na samo dno. Byłem wyniszczony psychicznie i nie wierzyłem w żaden ratunek. Na swoje nieszczęście, poza narkotykami, miałem też do czynienia z okultyzmem, hippisami, szamanami, bioenergoterapeutami, wahadełkiem, nauczyłem się zabierać ludziom energię witalną. Umiałem sprawić, że ludzie tracili przytomność. Praktykowałem czarną magię. Przywoływałem zaklęcia.

Czy były wówczas osoby w Twoim otoczeniu, które chciały Ci pomóc?
Byli rodzice, ale bezradni. Mogły mi pomóc dziewczyny, z którymi spotykałem się. Zakochałem się parokrotnie. Najdłuższa abstynencja była kilkutygodniowa – łącznie z detoksem, który trwał 1-2 tygodni. W tym czasie spotkałem Marzenę, starą kumpelę punkową. Zaczęła mnie do siebie zapraszać, pomagała mi stawać na nogi. Ćpałem mniej, aby tego nie widziała.

W jaki sposób Marzena chciała do Ciebie dotrzeć?
Pewnego razu po Jarocinie zapytała się, czy nie pojadę z nią do fajnych ludzi, których poznała. Ponieważ lubiłem imprezy, załatwiłem sobie prochy i chętnie z tej propozycji skorzystałem. Będąc już w pociągu, dowiedziałem się, że jedziemy na spotkanie z ludźmi z grupy ewangelizacyjnej. Dostałem białej gorączki. Kościół dla mnie wtedy nic nie znaczył. W kościele pod wezwaniem Świętych Piotra i Pawła w Legnicy, w bocznej nawie, zażywałem heroinę, czując się tam bezpiecznie. Jak usłyszałem o rekolekcjach, zrobiłem awanturę Marzenie. Jak byliśmy już na miejscu, podbiegła do mnie dziewczyna, przytuliła się i powiedziała: Dobrze, że jesteś. Potem to samo zrobiła następna, mówiąc: Chwała Panu. Ja, nie wiedząc, o co w tym wszystkim chodzi, odpowiedziałem jej: Chwała Pani. Tymczasem to był ukłon w kierunku Boga, który już miał dla mnie przygotowany plan, o którym wtedy nie wiedziałem. Na spotkaniu dostrzegł mnie ówczesny wikariusz tamtej parafii w Poznaniu (obecny biskup), ksiądz Szymon Stułkowski. Stanął uśmiechnięty i spytał się: Jak masz bracie na imię? Odpowiedziałem, że Kogut i pomyślałem, jako osoba uzależniona od narkotyków, że wszyscy obecni na tym spotkaniu muszą zażywać jeszcze coś mocniejszego ode mnie. Bo byli tacy radośni i szczęśliwi. Uciekłem na przystanek. Pierwszy autobus miałem dopiero o godzinie 4.30. Dwadzieścia osiem kilometrów marszu nie widziało mi się w zimie. Wróciłem z powrotem w celu ogrzania się. Wszyscy byli już na Mszy świętej. Pamiętam świadectwo dwudziestoparoletniej dziewczyny, która mówiła o molestowaniu przez ojczyma. Bóg dał jej łaskę wybaczenia jemu. Byłem zbulwersowany tym, jak Jezus mógł jej dać siłę do przebaczenia. Pomyślałem: Co oni opowiadają? Byłem tak wkurzony, że postanowiłem zostać jeszcze jeden dzień, aby zobaczyć, co będzie dalej. To był dzień pokutny, ludzie spowiadali się. Za Marzeną stanąłem w kolejce do konfesjonału. Usłyszałem: Kogucik, wpuścimy Cię bez kolejki. Ksiądz Szymon siedział na schodach i mnie zawołał. Poczułem się sprowokowany. Zacząłem na spowiedzi mu wypominać, że księża mają dzieci, bogactwo. Źle mówiłem o Jezusie i księżach. Przeklinałem, mówiąc to wszystko, a on tylko patrzył się i uśmiechał od ucha do ucha. Po trzydziestu minutach nie miałem już argumentów. On mnie objął i powiedział: Andrzej, masz świadomość, że złamałeś wszystkie zasady dekalogu? Złamałeś wszystkie Boże przykazania. Zaczął mnie przeprowadzać przez Dekalog. Potem rozmawialiśmy o przestępstwach, heroinie, przewałkach, które robiłem. Rozmowa zeszła nam trzy godziny. Na koniec spytał się mnie, czy nie żałuję takiego życia. Oczywiście, że żałowałem, bo wiedziałem, że umieram. On kontynuował dalej, pytając się: A nie chciałbyś żyć inaczej? Oczywiście, że chciałem. Słysząc moją odpowiedź, powiedział mi, że jeśli chcę się zmienić, to udzieli mi rozgrzeszenia.

To był przełom w Twoim życiu. Jak na to patrzysz z perspektywy czasu?
Dziś już wiem, że nie ma takiego grzechu, którego Jezus nie przybił do krzyża. To był pierwszy dzień, podczas którego nie brałem narkotyków. Pojawiły się objawy odstawienne. Wiedziałem, że jest źle i muszę jak najszybciej przyćpać. Pomyślałem, że powiem księdzu, że potrzebuję pieniądze na bilet, a wykorzystam je na narkotyki. Pomyślałem: Boże, jeżeli Ty naprawdę jesteś, proszę Cię o wiarę. Bo ja nie wierze w nic. Głód się zwiększał. Poszedłem do księdza po pieniądze. Dał mi je. Ale zanim opuściłem kościół, modliły się nade mną osoby charyzmatyczne, modlitwą wstawienniczą. Kiedy klęczałem, zacząłem się trząść. Towarzyszyło temu błogie uczucie gorąca, które przenikało całe moje ciało z góry do dołu. Byłem cały mokry od potu. To nie wszystko. Zjadłem ciasto i chciałem jeszcze więcej. To nie była sytuacja normalna, bo po odstawieniu narkotyków nie można jeść. A mogłem!

Bóg Ciebie uzdrowił?

Ze wszystkiego zostałem uzdrowiony! Mogłem jeść, co już stanowiło cud w tym przypadku. Myślałem, że uległem psychozie tłumu. Nie znałem Biblii. Po tej modlitwie czułem spokój, nie miałem głodu narkotycznego. Zostałem do końca rekolekcji. Drugi ksiądz, Przemek, zaproponował mi lokum. Przyniósł mi magnetofon z kasetą Wspólnoty „Taize”. Całą noc słuchałem kasety i na słowa: ,,Pan jest mocą swojego ludu” – beczałem jak małe dziecko. Poza epizodem z dzieciństwa, w ogóle tego nie czyniłem. Po przyjęciu Komunii Świętej płakałem i myślałem, że zwariowałem. Po dwóch tygodniach pobytu u księży, wróciłem do miasta rodzinnego.

Jaka była reakcja rodziców?
Byli bardzo zaskoczeni, jak powiedziałem, że wracam z rekolekcji. Tym bardziej, że wcześniej wyrzucałem krzyże z mieszkania. Zacząłem czytać książkę „Jezus żyje” Emilien Tardif. Było w niej o uzdrowieniu z nowotworu. Przed telewizorem siedział człowiek, który miał dreszcze. To Bóg go uzdrawiał. Ale ciekawostką jest fakt, że program ten nie był nadawany na żywo. Tymczasem prowadzący program powiedział, że Bóg uzdrawia osobę, która ogląda ten program. Dla Boga nie ma czasoprzestrzeni. To, co stało się z moim organizmem, jak się zregenerował, nosi znamiona cudu. Mam 52 lata i wiem, kto mnie uratował i dał nowe życie. Bóg daje mi wszystko. Zatroszcz się o Jego Królestwo i o Sprawiedliwość, a wszystko inne będzie Ci dane, bo Bóg wie, ile Ci potrzeba. Miej życie w obfitości. Mieszkam w Bielsku- Białej. Troszczę się o Boże Królestwo, a Bóg daje mi to, czego mi potrzeba. Dostałem dom za 2000 zł, miałem wirus wątroby C, który po sakramencie chorych zniknął. Moja córka też została uzdrowiona. Tym bardziej nie zwalnia mnie to z głoszenia Ewangelii.

Co skłoniło Cię do napisania książki pt.: „Ocalony”?
Moja żona Edyta przez dwadzieścia lat mówiła mi, że trzeba pisać o dziełach Bożych, które dzieją się w życiu. Odkryłem Boży plan odnośnie mojego życia. Wniosek jest TYLKO jeden: jeżeli podporządkujemy się Bogu, doświadczamy na ziemi Bożego Królestwa. Choć przychodzą też momenty cięższe, upadki. Ale jest Bóg, który chce nas ponownie udźwignąć do góry. Masz najlepszego Przyjaciela w postaci Jezusa. On Ciebie nie opuszcza 24 godziny na dobę. On czeka na każdego człowieka, choć nie każdy jest tego świadomy.

Co chciałbyś przekazać osobom, które borykają się z problemem uzależnienia?
Nie lękaj się, bo Bóg jest dobry cały czas i czeka na Twój krok.

Dziękujemy za rozmowę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here